Jeden dzień z życia krakowskiej służącej - część 1

/ 12/07/2017
Mam tendencję do upiększania rzeczywistości, a tym bardziej czasów minionych, to już wiecie :).

Gotować nie lubię, ale ciągle zaczytuję się w międzywojennych książkach kucharskich, zachwycam się umiejętnością i szybkością przyrządzania codziennie innych wykwintnych dań na zwykły, domowy obiad. Dodatkowo jeszcze ciągle słyszę i sama używam zwrotów takich jak: "przedwojenny smak", "przedwojenny porządek" lub według "przedwojennej tradycji".

Wertuję stare książki o prowadzeniu domu, rady dla młodej mężatki i...  Dochodzę do wniosku, że wszystko to było możliwe tylko i wyłącznie dzięki niewolniczej pracy służby domowej.

Żebyście mogli zrozumieć, dlaczego użyłam tak mocnego określenia, przedstawię Wam jeden dzień z życia służącej w zwykłym mieszczańskim, powiedzmy krakowskim domu, mniej więcej 100 lat temu. Dzień ten dzielę na kilka części, ponieważ post to post, a nie nowela :).



Jeden dzień z życia Marysi, krakowskiej służącej tuż po Wielkiej Wojnie

Występują:
Służąca - Marysia, 19 lat, z Wielkiej Wsi i jej myśli,
Gospodyni - Wielmożna Pani, 
Gospodarz - Wielmożny Pan,
Dzieci gospodarza - Isia 7 lat, Nusia 9 lat, Panicz - Tadeusz 20 lat.

Około 6-tej rano, zwykła krakowska kamienica, kuchnia podzielona ciężką kotarą na dwie części, w części sypialnianej najprostsze żelazne łóżko, krzesełko na którym wiszą ubrania, pod łóżkiem płócienna torba, w łóżku leży Marysia.

Myśli Marysi: Muszę wstać, tak mi się nie chce, tak mnie krzyż boli, tak w nogach łupie, nic nie pospałam, ale cóż... Trzeba! Chciałam iść do fabryki, do składu jakiegoś, do szycia nawet, ale mama ciągle mówiła, że służba nie hańbi, że dumę fałszywą mam schować, że jeść będę miała zawsze i że ta praca o wiele zdrowsza od zajęć fabrycznych. Sądząc po bólu w całym mym ciele, zdrowa jestem na pewno, chorym ludziom jakaś jedna część boli, a mnie - całość. Nie mam czasu narzekać, modlitwę trzeba zmówić.
Ojcze z nieba Boże - zmiłuj się nade mną, Tobie ofiaruję trudy dnia zaczynającego się, Amen.




Lampkę naftową muszę zapalić, a zimno to jak, brrr. Nie, nie będę się myć w tym zimnie, oczy przetrę, włosy grzebyczkiem pogładzę i już. Chociaż nie, to już trzeci dzień będzie jak grzebyczkiem przeczesuję. Pani zauważy, zła będzie, ponoć naganne to i niechlujne, więc muszę szczotką dziś popracować. Pani mówi, że służka musi mieć włosy gładkie, ale ja lubię czasami na noc na papierek zawinąć. Dobrze, że jeszcze w suknię się nie ubrałam. Ostatnio jak czesałam się szczotką w sukni, to kilka włosków na plecach z tyłu zostało, Pani jak zauważyła, to tak skrzyczała mnie, że nieporządna jestem, że włosy moje widzi wszędzie, że do potrawy mogą się dostać. A skąd mam wiedzieć co mam z tyłu...

O nie, dziura na rękawie! Cóż, suknię muszę zacerować, ale to może jutro. Teraz swoje miejsce posprzątać muszę, potem wolnej chwili nie będzie, a jak wpadnie Panicz za kotarę i zauważy, że coś nie tak, to od razu mnie straszy, że Pani powie, chyba że mu dam się obściskać. Wolę jednak porządek mieć. 

Kuchnia nasza stara, Wielmożna Pani tak mówi, że stara, co znaczy, że nie gazowa. Nie rozumiem, co ten nowy gaz da, jeżeli i tak muszę pod kotliną ogień rozniecić, w pokojach w piecach także. Dobrze, że z wieczora i drzewo, i węgiel do domu przyniosłam, połupałam w drobne wiórki, to teraz szybko mi pójdzie. A i na zewnątrz śnieg z deszczem brrr..

Szkoda, że nafty nie mam, jeszcze szybciej by było. Pani stanowczo zakazała. Słyszała, że służąca u państwa Krawackich przez całe dwanaście lat dolewała nafty do ognia i nic nigdy jej się nie stało. Aż razu pewnego eksplodowała jej flaszka w ręku, a ona cała stanęła w płomieniach i tak okropnie się poparzyła, że blisko dwa miesiące cierpiąc bóle straszliwe, przeleżała w lazarecie. Nie wiem, czy w to wierzyć czy nie, ale naftę Pani zamyka w szafie na kluczyk, daje mi tylko jedną zapałkę w pudełku i świecy. Ja nie narzekam, umiem szybciutko  kawałek świecy owinąć w papier, włożyć pod kuchnię,  na to drobno połupane drzewo i podpalam od drzazgi. Raz dwa i gotowe. 




 Ogień już bucha, cieplej się robi i jakoś tak radośniej. No cóż, teraz już można i wodę na kawę stawiać, i po bułki z mlekiem wyskoczyć. 

Gdzie ta moja chusta wełniana, chyba sprzątając ją do torby schowałam, dobrze, może nie zmarznę szybciutko tam z powrotem. 

Bylebym Hanki nie spotkała po drodze, bo znowu zacznie mi opowiadać, jak się w niej kocha syn Dulskich, znowu będę musiała ją na ziemię sprowadzać, że się nie kocha, ino pościskać chce i tyle. Gorzej jak już teraz, na samym początku służby, pozwoli mu na więcej i nie będzie ostrożna, ale ona młoda jest, wierzy w te wszystkie romanse i uczucia. Tłumaczę jej jak i co, bo to jedynaczka w domu, przez ojca wychowana, szkoda mi jej, ale jak się sama nie przypilnuje to jej nikt nie pomoże.

A czy ja zamknęłam wychodząc drzwi na klucz? Ciągle zapominam, jak się Pani obudzi i zobaczy, to cały dzień mi będzie głowę suszyć. 

Bułki mam, świeże mleko mam, Hanki nie było, więc szybko się uwinęłam. Jednak na klucz zamknęłam, wszyscy jeszcze śpią.




Która to już? Po siódmej! No to biegnę do jadalni, okna zapomniałam otworzyć, przewietrzyć trzeba i dzieci czas już budzić! Drugie śniadanie do szkoły szykować. Tylko najpierw mleko na ogień postawię, woda na kawę już się zagotowała. 

Tak, tak już biegnę do dziewczynek. Auuuć, Isia znowu mnie kopnęła, Niusia grzeczniejsza jest, bardziej ją lubię, zwłaszcza, że sama wszystkie guziczki zapina, i siostrze pomaga się ubrać.

Ajajaj, przecież mleka nie przypilnowałam, znowu mi uciekło, muszę nowe nastawiać. Kiedy Wielmożna Pani już wstanie? Czy znowu czeka, aż wszystko sama zrobię? W innych domach dziewczyny mówią mi, że z samego rana mają gospodyni do pomocy, a ja... Mam zakaz budzenia, chyba, że coś bardzo pilnego się stało. W sumie nie narzekam, bo przynajmniej z rana nikt mnie nie poucza.

Mleko dziewczynkom dałam, bułki z powidłami też, śniadanie drugie do szkoły przyszykowałam, tylko gdzie ten czysty papier, żeby w to zawinąć... No nic, będzie w tym od bułek. Dobrze, już możemy iść do szkoły.

 Panicza przed wyjściem trzeba by obudzić, bo na uniwersytet się spóźni, ale tak mnie wczoraj w nocy mocno pościskał, że nie chcę go widzieć póki co. Przyszedł późno w nocy pijany, kazał podać herbatę i coś do jedzenia, zaczął krzyczeć, że powolna jestem. Wpadł do kuchni i od razu zaciągnął mnie za kotarę. Cóż, to było wczoraj. 

Dzisiaj ma być dobry dzień, przynajmniej póki co jest. No nie, już nie jest, bo zapomniałam przed wyjściem sprawdzić czy we wszystkich piecach równo się pali, a jak zgaśnie? 

O, Hanka idzie! Też z dziewczynkami do szkoły. Ona ma dobrze, u nich jest stara kucharka, która pomaga jej wszystkiego przypilnować, a nasza Pani mówi, że teraz to tylko najbogatszych stać na kilka osób do służby. Ja tam nie wiem, 15 złoty miesięcznie dostaję, co poniektóre to jeszcze mniej. Hanka doprowadzi dziewczynki do szkoły, więc biegnę z powrotem.

No tak, w jadalni piec coś słabo się pali....
Zacznę szykować śniadanie, bo słyszę, że już Pani wstała.

Kucharka ze mnie nie najlepsza, ale szybko się uczę. Pani też zawsze mi przy gotowaniu pomaga, a to doprawić, a to na talerzu ładnie poukładać. 
Dzisiaj na śniadanie mamy jaja sadzone polane ciemnym masłem, paprykarz cielęcy, który zrobiłam już wczoraj i jak zawsze miska serów i owoców z czarną kawą. Co się tyczy tych jaj, to musiałam się nauczyć, że są to jaja "au bur nua" czy jakoś tak. Wielmożna Pani mówi, że francuskie, ale tak naprawdę to zwykłe sadzone jaja podkrakowskie, polane sosem, który sama muszę zrobić, więc nie wiem co w tym daniu jest z Francyji.  
Trzy łyżki octu winnego, wlewam na  patelnię i gotuje z korzeniami.  A tutaj mam patelnię malutką, do niej łyżka świeżego masła i czekam  aż na ciemno-brązowy kolor się zmieni, o już jest, więc wlewam teraz tutaj ten ocet, ale tak by korzenie nie wpadły i gotowe. Pani mówi, że do tego jeszcze dobrze siekaną pietruszkę dodać, ale ja nie mam, nie znalazłam wczoraj. No i teraz to wszystko na jaja i gotowe. Ponoć smacznie mi to wychodzi.



Pani obudziła sama Pana i Panicza. Dobrze, to ja nie muszę. Ja stół przyszykuję. Pani i tak poprzekłada talerzyki i przybory po swojemu, więc nie będę tu jakoś ładnie układać, a i czasu nie ma.

Teraz póki Państwo śniadaniują muszę wszystkie sypialnie posprzątać. Ale najpierw tak, żeby Pani zauważyła ręce umyję i fartuch na czysty zmienię. Ręce to ja myję zawsze, ale Pani nie zawsze to widzi i krzyczy, że w sypialnię mam wchodzić z czystymi rękami i że na pewno mam brudne ... A tam, szkoda myśli na to. Nie rozumiem czemu nie każe mi myć rąk po tym jak ich miednice spod łóżka opróżniam?

 No cóż, okna już w sypialniach pootwierałam, pościel przewietrzyć rozłożyłam. Teraz z miednic to wszystko wylać i czystej wody przynieść.

 Dziś jest dzień przewracania materacy, co drugi dzień Pani to robić kazała, więc, część środkowa materacu dziś idzie pod nogi, a inne po kolei. Zawsze mnie to zastanawia - po co oni tyle poduszek mają, a i jeszcze spodki, pierzyny, kołdry, pierzynki, prześcieradła. Wszystko muszę wstrząsnąć. Teraz prześcieradła popodwijam, a rogi kołder w podpinki, poduszki do góry i pierzynkę w nogi, na to kołdry i przykrycie. Raz dwa i równo pościelone. Już mi gładko wychodzi - bez fałdek i coraz to szybciej. Kurzy się tu straszliwie z pościeli, więc najpierw pod łóżkiem wilgotną szmatą muszę przetrzeć, a potem  pozamiatać.

 Nie wiem, która to już godzina, pewnie już czas do miasta lecieć po sprawunki.
A zjadłabym coś wreszcie, czuję, że w brzuchu mi burczy. Pani już woła, pewnie listę zakupów będziemy spisywać, a i Panicz coś chce, mam nadzieję, że nie powyrywał znowu guzików na koszuli, bo teraz to na pewno nie mam czasu na ich przyszycie. Co innego szycie u siebie, a co innego szycie u Panicza Tadeusza w pokoju. Niech mi teraz tym głowy nie zawraca.


Uwagi na ilustracjach zebrane z doświadczeń życia w stosunku do służby domowej autorstwa
L. Kotarbińskiej.
Całość na podstawie poradnika Elżbiety Bederskiej "Dobra służąca, czyli co powinnam wiedzieć o służbie i na służbie?"

C. D. wkrótce!
Mam tendencję do upiększania rzeczywistości, a tym bardziej czasów minionych, to już wiecie :).

Gotować nie lubię, ale ciągle zaczytuję się w międzywojennych książkach kucharskich, zachwycam się umiejętnością i szybkością przyrządzania codziennie innych wykwintnych dań na zwykły, domowy obiad. Dodatkowo jeszcze ciągle słyszę i sama używam zwrotów takich jak: "przedwojenny smak", "przedwojenny porządek" lub według "przedwojennej tradycji".

Wertuję stare książki o prowadzeniu domu, rady dla młodej mężatki i...  Dochodzę do wniosku, że wszystko to było możliwe tylko i wyłącznie dzięki niewolniczej pracy służby domowej.

Żebyście mogli zrozumieć, dlaczego użyłam tak mocnego określenia, przedstawię Wam jeden dzień z życia służącej w zwykłym mieszczańskim, powiedzmy krakowskim domu, mniej więcej 100 lat temu. Dzień ten dzielę na kilka części, ponieważ post to post, a nie nowela :).



Jeden dzień z życia Marysi, krakowskiej służącej tuż po Wielkiej Wojnie

Występują:
Służąca - Marysia, 19 lat, z Wielkiej Wsi i jej myśli,
Gospodyni - Wielmożna Pani, 
Gospodarz - Wielmożny Pan,
Dzieci gospodarza - Isia 7 lat, Nusia 9 lat, Panicz - Tadeusz 20 lat.

Około 6-tej rano, zwykła krakowska kamienica, kuchnia podzielona ciężką kotarą na dwie części, w części sypialnianej najprostsze żelazne łóżko, krzesełko na którym wiszą ubrania, pod łóżkiem płócienna torba, w łóżku leży Marysia.

Myśli Marysi: Muszę wstać, tak mi się nie chce, tak mnie krzyż boli, tak w nogach łupie, nic nie pospałam, ale cóż... Trzeba! Chciałam iść do fabryki, do składu jakiegoś, do szycia nawet, ale mama ciągle mówiła, że służba nie hańbi, że dumę fałszywą mam schować, że jeść będę miała zawsze i że ta praca o wiele zdrowsza od zajęć fabrycznych. Sądząc po bólu w całym mym ciele, zdrowa jestem na pewno, chorym ludziom jakaś jedna część boli, a mnie - całość. Nie mam czasu narzekać, modlitwę trzeba zmówić.
Ojcze z nieba Boże - zmiłuj się nade mną, Tobie ofiaruję trudy dnia zaczynającego się, Amen.




Lampkę naftową muszę zapalić, a zimno to jak, brrr. Nie, nie będę się myć w tym zimnie, oczy przetrę, włosy grzebyczkiem pogładzę i już. Chociaż nie, to już trzeci dzień będzie jak grzebyczkiem przeczesuję. Pani zauważy, zła będzie, ponoć naganne to i niechlujne, więc muszę szczotką dziś popracować. Pani mówi, że służka musi mieć włosy gładkie, ale ja lubię czasami na noc na papierek zawinąć. Dobrze, że jeszcze w suknię się nie ubrałam. Ostatnio jak czesałam się szczotką w sukni, to kilka włosków na plecach z tyłu zostało, Pani jak zauważyła, to tak skrzyczała mnie, że nieporządna jestem, że włosy moje widzi wszędzie, że do potrawy mogą się dostać. A skąd mam wiedzieć co mam z tyłu...

O nie, dziura na rękawie! Cóż, suknię muszę zacerować, ale to może jutro. Teraz swoje miejsce posprzątać muszę, potem wolnej chwili nie będzie, a jak wpadnie Panicz za kotarę i zauważy, że coś nie tak, to od razu mnie straszy, że Pani powie, chyba że mu dam się obściskać. Wolę jednak porządek mieć. 

Kuchnia nasza stara, Wielmożna Pani tak mówi, że stara, co znaczy, że nie gazowa. Nie rozumiem, co ten nowy gaz da, jeżeli i tak muszę pod kotliną ogień rozniecić, w pokojach w piecach także. Dobrze, że z wieczora i drzewo, i węgiel do domu przyniosłam, połupałam w drobne wiórki, to teraz szybko mi pójdzie. A i na zewnątrz śnieg z deszczem brrr..

Szkoda, że nafty nie mam, jeszcze szybciej by było. Pani stanowczo zakazała. Słyszała, że służąca u państwa Krawackich przez całe dwanaście lat dolewała nafty do ognia i nic nigdy jej się nie stało. Aż razu pewnego eksplodowała jej flaszka w ręku, a ona cała stanęła w płomieniach i tak okropnie się poparzyła, że blisko dwa miesiące cierpiąc bóle straszliwe, przeleżała w lazarecie. Nie wiem, czy w to wierzyć czy nie, ale naftę Pani zamyka w szafie na kluczyk, daje mi tylko jedną zapałkę w pudełku i świecy. Ja nie narzekam, umiem szybciutko  kawałek świecy owinąć w papier, włożyć pod kuchnię,  na to drobno połupane drzewo i podpalam od drzazgi. Raz dwa i gotowe. 




 Ogień już bucha, cieplej się robi i jakoś tak radośniej. No cóż, teraz już można i wodę na kawę stawiać, i po bułki z mlekiem wyskoczyć. 

Gdzie ta moja chusta wełniana, chyba sprzątając ją do torby schowałam, dobrze, może nie zmarznę szybciutko tam z powrotem. 

Bylebym Hanki nie spotkała po drodze, bo znowu zacznie mi opowiadać, jak się w niej kocha syn Dulskich, znowu będę musiała ją na ziemię sprowadzać, że się nie kocha, ino pościskać chce i tyle. Gorzej jak już teraz, na samym początku służby, pozwoli mu na więcej i nie będzie ostrożna, ale ona młoda jest, wierzy w te wszystkie romanse i uczucia. Tłumaczę jej jak i co, bo to jedynaczka w domu, przez ojca wychowana, szkoda mi jej, ale jak się sama nie przypilnuje to jej nikt nie pomoże.

A czy ja zamknęłam wychodząc drzwi na klucz? Ciągle zapominam, jak się Pani obudzi i zobaczy, to cały dzień mi będzie głowę suszyć. 

Bułki mam, świeże mleko mam, Hanki nie było, więc szybko się uwinęłam. Jednak na klucz zamknęłam, wszyscy jeszcze śpią.




Która to już? Po siódmej! No to biegnę do jadalni, okna zapomniałam otworzyć, przewietrzyć trzeba i dzieci czas już budzić! Drugie śniadanie do szkoły szykować. Tylko najpierw mleko na ogień postawię, woda na kawę już się zagotowała. 

Tak, tak już biegnę do dziewczynek. Auuuć, Isia znowu mnie kopnęła, Niusia grzeczniejsza jest, bardziej ją lubię, zwłaszcza, że sama wszystkie guziczki zapina, i siostrze pomaga się ubrać.

Ajajaj, przecież mleka nie przypilnowałam, znowu mi uciekło, muszę nowe nastawiać. Kiedy Wielmożna Pani już wstanie? Czy znowu czeka, aż wszystko sama zrobię? W innych domach dziewczyny mówią mi, że z samego rana mają gospodyni do pomocy, a ja... Mam zakaz budzenia, chyba, że coś bardzo pilnego się stało. W sumie nie narzekam, bo przynajmniej z rana nikt mnie nie poucza.

Mleko dziewczynkom dałam, bułki z powidłami też, śniadanie drugie do szkoły przyszykowałam, tylko gdzie ten czysty papier, żeby w to zawinąć... No nic, będzie w tym od bułek. Dobrze, już możemy iść do szkoły.

 Panicza przed wyjściem trzeba by obudzić, bo na uniwersytet się spóźni, ale tak mnie wczoraj w nocy mocno pościskał, że nie chcę go widzieć póki co. Przyszedł późno w nocy pijany, kazał podać herbatę i coś do jedzenia, zaczął krzyczeć, że powolna jestem. Wpadł do kuchni i od razu zaciągnął mnie za kotarę. Cóż, to było wczoraj. 

Dzisiaj ma być dobry dzień, przynajmniej póki co jest. No nie, już nie jest, bo zapomniałam przed wyjściem sprawdzić czy we wszystkich piecach równo się pali, a jak zgaśnie? 

O, Hanka idzie! Też z dziewczynkami do szkoły. Ona ma dobrze, u nich jest stara kucharka, która pomaga jej wszystkiego przypilnować, a nasza Pani mówi, że teraz to tylko najbogatszych stać na kilka osób do służby. Ja tam nie wiem, 15 złoty miesięcznie dostaję, co poniektóre to jeszcze mniej. Hanka doprowadzi dziewczynki do szkoły, więc biegnę z powrotem.

No tak, w jadalni piec coś słabo się pali....
Zacznę szykować śniadanie, bo słyszę, że już Pani wstała.

Kucharka ze mnie nie najlepsza, ale szybko się uczę. Pani też zawsze mi przy gotowaniu pomaga, a to doprawić, a to na talerzu ładnie poukładać. 
Dzisiaj na śniadanie mamy jaja sadzone polane ciemnym masłem, paprykarz cielęcy, który zrobiłam już wczoraj i jak zawsze miska serów i owoców z czarną kawą. Co się tyczy tych jaj, to musiałam się nauczyć, że są to jaja "au bur nua" czy jakoś tak. Wielmożna Pani mówi, że francuskie, ale tak naprawdę to zwykłe sadzone jaja podkrakowskie, polane sosem, który sama muszę zrobić, więc nie wiem co w tym daniu jest z Francyji.  
Trzy łyżki octu winnego, wlewam na  patelnię i gotuje z korzeniami.  A tutaj mam patelnię malutką, do niej łyżka świeżego masła i czekam  aż na ciemno-brązowy kolor się zmieni, o już jest, więc wlewam teraz tutaj ten ocet, ale tak by korzenie nie wpadły i gotowe. Pani mówi, że do tego jeszcze dobrze siekaną pietruszkę dodać, ale ja nie mam, nie znalazłam wczoraj. No i teraz to wszystko na jaja i gotowe. Ponoć smacznie mi to wychodzi.



Pani obudziła sama Pana i Panicza. Dobrze, to ja nie muszę. Ja stół przyszykuję. Pani i tak poprzekłada talerzyki i przybory po swojemu, więc nie będę tu jakoś ładnie układać, a i czasu nie ma.

Teraz póki Państwo śniadaniują muszę wszystkie sypialnie posprzątać. Ale najpierw tak, żeby Pani zauważyła ręce umyję i fartuch na czysty zmienię. Ręce to ja myję zawsze, ale Pani nie zawsze to widzi i krzyczy, że w sypialnię mam wchodzić z czystymi rękami i że na pewno mam brudne ... A tam, szkoda myśli na to. Nie rozumiem czemu nie każe mi myć rąk po tym jak ich miednice spod łóżka opróżniam?

 No cóż, okna już w sypialniach pootwierałam, pościel przewietrzyć rozłożyłam. Teraz z miednic to wszystko wylać i czystej wody przynieść.

 Dziś jest dzień przewracania materacy, co drugi dzień Pani to robić kazała, więc, część środkowa materacu dziś idzie pod nogi, a inne po kolei. Zawsze mnie to zastanawia - po co oni tyle poduszek mają, a i jeszcze spodki, pierzyny, kołdry, pierzynki, prześcieradła. Wszystko muszę wstrząsnąć. Teraz prześcieradła popodwijam, a rogi kołder w podpinki, poduszki do góry i pierzynkę w nogi, na to kołdry i przykrycie. Raz dwa i równo pościelone. Już mi gładko wychodzi - bez fałdek i coraz to szybciej. Kurzy się tu straszliwie z pościeli, więc najpierw pod łóżkiem wilgotną szmatą muszę przetrzeć, a potem  pozamiatać.

 Nie wiem, która to już godzina, pewnie już czas do miasta lecieć po sprawunki.
A zjadłabym coś wreszcie, czuję, że w brzuchu mi burczy. Pani już woła, pewnie listę zakupów będziemy spisywać, a i Panicz coś chce, mam nadzieję, że nie powyrywał znowu guzików na koszuli, bo teraz to na pewno nie mam czasu na ich przyszycie. Co innego szycie u siebie, a co innego szycie u Panicza Tadeusza w pokoju. Niech mi teraz tym głowy nie zawraca.


Uwagi na ilustracjach zebrane z doświadczeń życia w stosunku do służby domowej autorstwa
L. Kotarbińskiej.
Całość na podstawie poradnika Elżbiety Bederskiej "Dobra służąca, czyli co powinnam wiedzieć o służbie i na służbie?"

C. D. wkrótce!
czytaj dalej
Przenosimy się znowu dokładnie 100 lat temu. Czas na nowe odsłony alfabetu prasowego!



 51 tygodni do wolności!

Zarys ogólny:
Na świecie: W Rosji przewrót październikowy, 12 listopada Rosja natychmiastowo zawiesza broń na wszystkich frontach. Cesarz miłosiernie nam panujący cudownie ocalony! Trzeci rok trwa wojna.

W Krakowie: Cierpimy z braku rożnych produktów, ale najgorzej jest ze świecami, zapałkami, mąką, cukrem i chlebem. Bielizna męska może zostać zastąpiona papierową! Co rusz pojawiają się plotki o braku soli.
Nasz Hrabia Tarnowski, ten z pałacu przy ul.Szlak, może zostać szefem rządu polskiego.
W teatrach i kinach rozpusta!
Przygotowujemy się do dziesiątej rocznicy śmierci Stanisława Wyspiańskiego.
W kino "Uciecha" wyświetlany jest po raz ostatni polski film "Quambachiva" inaczej "Arabella" - jeden z najstarszych do tej pory zachowanych filmów polskich. Zachowany to dużo powiedziane, gdyż ocalało dosłownie kilka minut, ale to zawsze coś.

ALFABET PRASOWY
(pisownia oryginalna)

B jak Brak zapałek
"Brak zapałek w Krakowie nie ustaje już od dłuższego czasu. Można dziennie przewędrować kilkanaście sklepów i trafik, zanim dostanie się jedno pudełeczko. Zapałki stały się z tego powodu przedmiotem lichwy, gdyż za pudełeczko żądają już 10 halerzy. Wśród publiczności utrzymują się pogłoski, że handlarze rozmyślnie wstrzymują sprzedaż zapałek, ponieważ spodziewają się podwyższenia cen". 

C jak Cukier
Zakaz podawania cukru w kawiarniach.
"Krakowski urząd gospodarczy przy c. k. Namiestnictwie wydał rozporządzenie, zakazujące z dniem dzisiejszym podawania cukru do słodzenia napoi w przedsiębiorstwach gospodnio-szynkarskich. Nawet przejściowy brak sztucznych środków słodzących nie może upoważniać do podawania cukru. Dozwolonem natomiast jest przynosić gościom swój własny cukier do słodzenia potraw i napoi". 

D jak Drzewa na Rynku
"W sprawie drzew na Rynku. Jak już o tem donosiliśmy niedawno, kilka z drzew, rosnących na Rynku krakowskich, uschło, a kilkunastu innym zagraża, zdaje się, ten sam los. Staje się przeto aktualną kwestya zasadzenia innych na to miejsce; oraz kwestya wyboru gatunku tych drzew. Otóż jak nas informuje jeden z fachowców, najodpowiedniejszemi do zasadzenia w celach nazdobnych na Rynku byłyby dwa drzewa: akacya i jarzębiną.
 Akacya — albowiem bardzo wcześnie kwitnie i najdłużej zatrzymuje liście, jarzębina zaś — ponieważ równie bardzo długo zatrzymuje liście, a przedtem najpierw kwitnie białemi kiściami, a później purpurowe grona jej owoców tworzą, pięknie dekoracyjnie kolorowe plamy, a jako gorzkie, nie nęcą nikogo do zrywania. Sprawa zaś zasadzania tych drzew jest teraz tem bardziej aktualną, że właśnie jarzębinę i akacyę sadzi się w listopadzie, którego teraz mamy początek".

J jak Jesienna szaruga
"Jesienna szaruga rozpoczęła w dniu wczorajszym swój sezon. Mieliśmy więc prawdziwie krakowskie błota (bez żadnych naturalnie aluzyi politycznych) i pierwszy w tym roku kapuśniaczek, który spóźnił się o jeden dzień, nie chcąc widocznie, aby w tych ciężkich wojennych czasach, gdy nawet przyzwyczajone do stałego postu szkapy dorożkar­skie zdychają z głodu - św. Marcin rozbijał się na białym koniu... 
Musiał więc ten patron obejść się bez konia, no i bez gęsi, wczem niema zresztą nic dziwnego, skoro mieszkańcy Krakowa muszą stale obywać się bez chleba, mąki, węgla itp. miłych... wspomnień z okresu przedwojennego... Wczorajsza aura przyniosła nam jednak nie tyl­ko prawdziwe błoto i surogat śniegu, ale i głęboką refleksyę metereologiczno-ekónomiczną: im niżej spada temperatura, tem wyżej pod­skakują ceny... Odczuli ją dotkliwie wczoraj ci, co drżąc z zimna i tonąc dziurawemi butami w błocie, mogli tylko oddawać się melancholij­nym rozmyślaniom na temat podwyższonej taryfy krawców i szewców... "

REKLAMA FILMU "WALKA O WŁADZTWO ŚWIATA - CABRIA"

K jak Konferencja pokojowa w Krakowie. 
"Arcywesola impreza najwybitniejszych literatów lwowskich „Maryonetki pokojowe" zjeżdżają w najbliższych dniach z całym rynsztunkiem bojowym do Krakowa. Odbędzie się tu wielka konferencyja pokojowa, na której jawią się osobiście KIEREŃSKI, WILSON,  NAPOLEON, Kutowski, Leo i Daszyński i cały tłum innych osobistości z całego świata, nie wyłączając nawet Li-hung-Czanga z Pekinu i precłarza z parku Jordana. Bliższe szczegóły podadzą afisze. 

O jak OCALENIE CESARZA
"Wczoraj bawił cesarz z królem bułgarskim w Gorycyi i Palmanowie. W podróży tej wzięli udział także książęta Borys i Cyryl, oraz ks. Feliks Parana. W głównym kościele goryckim obydwaj sprzymierzeni monarchowie byli obecni na niezwykle wzruszającem nabożeństwie.

Od Palmamovy wódz bułgarski kontynuował swoją podróż na front według osobnego pro­gramu, podczas gdy cesarz Karol zwiedzał wojska maszerujące w obrębie Strassołdo i Cervignaaio. 
W powrocie do siedziby w pobliżu Rudy próbowano przejechać przez jeden z towarzyszących Soczy torrentów (koryt rzecznych w normalnym stanie suchych, a wzbierających podczas deszczu), który jeszcze kilka dni temu był dość suchy. Samochód cesarza wpadł przytem tuż powyżej malej tamy w głębszą wodę, wskutek czego motor odmówił posłuszeństwa. Automobilowi ciężarowemu, który jechał w tyle, rozkazano wyciągnąć auto cesarskie, pogrążone w strumieniu, ale także i temu automobilowi zepsuła się maszyna. Przyboczny strzelec cesarski Reisembillchler i wachmistrz kompanii gwardyi przybocznej Tomek weszli do wody, aby wywieść cesarza na brzeg. Przytem zdarzyło się nieszczęście, które przerażeniem napełniło osoby ze świty monarchy przybywające właśnie następnym autem do brodu. 

Pod strzelcem przybocznym usunęły się kamienia tamy, w następnej chwili pochwyciły go fale i porwały w wir rzeki głębokiej w skutek gwałtownych deszczów. Cesarz widząc swego strzelca w niebezpieczeństwie życia, z bezprzykładnej wierności dla sługi nie puścił go, a również wachmistrz Tomek nie puścił monarchy. Rwące fale unosiły cesarza ze strzelcem i gwardzista poza tamę z prądem strumienia.

Ks. Feliks parmeński, szwagier monarchy, którego auto w tej rozpaczliwej chwili przybyło na brzeg, rzucił się pierwszy w futrze i pełnym rynsztunku do wody, aby mu dać pomoc. Dzięki jego bohaterskiej stanowczości i nader ofiarnemu zachowaniu się świty zdołano cesarza z ciężką biedą uratować. Cesarz Karol I, ks. Feliks, Reisenbichler i Tomek nie puszczali się wzajemnie. Oficer, który tego dnia kierował samochodem cesarskim, rzucił się również w wodę. W końcu wszyscy zapędzeni zostali do wikliny w korycie rzecznym, która im dala jakie takie oparcie. 

Tymczasem dwaj oficerowie pospieszyli w dół rzeki, aby ratować cesarza i towarzyszy jego niedoli. Pierwszy drąg podany do rzeki, okazał się za krótki. Wreszcie znaleziono na bagnistym brzegu ciężką belkę i wśród wielkich trudów, z narażeniem życia spuszczono ją na wodę. Brzeg stawiał wciąż jak największe trudności usiłowaniom ocalenia cesarza. Pod obładowanymi ciężką, parę metrów długą belką, ratownikami wciąż usuwał się łamliwy grunt, a przy podawaniu belki dalej już na krok od brzegu brakło podstawy. Strumień płynął strasznymi wirami; mimo to kilku szoferów, nie namyślając się ani chwili, weszło do wody, aby wespół z oficerami stworzyć połączenie z miejscem katastrofy.

Cesarz, który trzyma! się wikliny, wciąż uginającej się pod nurtem strumienia i wciąż na nowo zanurzał się aż po szyję, nie stracił ani na chwilę przytomność umysłu i na wołania ratujących odpowiadał spokojnie i jasno. Po wielu pełnych obawy minutach stworzono połączenie między łamliwym brzegiem a chwiejącą się wikliną i teraz wreszcie miano wydobyć cesarza na brzeg. Jego pierwsza jednak myśl była poświęcona szwagrowi i wiernym ludziom, który tak samo jak on pasowali się z falami. Trzeba była usunąć na bok względy posłuszeństwa i natarczywie, upomnieć cesarza, aby go skłonić, żeby pierwszy popłynął ku brzegowi, trzymając się belki. 
Dostawszy się na brzeg, czekał tam cesarz, aż wszyscy towarzysza wyjdą z wody. Słońce zaszło, gdy wreszcie trudne dzieło ocalenia było dokonane. 

„Oto wojna, która wielu rzeczy wymaga!“ — rzekł cesarz przemoczony do nitki i wsiadł do samochodu, aby wrócić do swej siedziby. 
Cesarz ma się dobrze. Zaraz w nocy po swojem ocaleniu wysłuchał referatów. Świcie cesarza przypadło ciężkie zadanie uświadomić cesarzową o wypadku. Oczekiwała ona powrotu cesarza jak zwykle. Gdy zwolna dowiedziała się o wypadku, wyra ziła głęboko odczutą wdzięczność wszystkim, którzy brali udział w dziele ocalenia. "

O jak Odnowienie Sali Saskiej
"Bogata w tradycye hi­storyczne sala koncertowa w hotelu Saskim, założo­na przed przeszło stu laty przez Macieja Knotza, ówczesnego właściciela hotelu zwanego wtedy „Pod królem węgierskim", oddana będzie znowu do użytku publicznego po gruntownemu odświeżeniu i odnowieniu. 
W sali tej przez długi szereg lat kon­centrował się cały ruch muzyczny Krakowa, grał w niej jeszcze Paganini, słynna Catalani dała w niej w roku l8l8 koncert na dochód projektowanego podówczas kopca Kościuszki, później grali tam Liszt, Rubinstein i wielu innych wirtuozów obcych, oraz polskich od Kąckiego, Lipińskich, Wieniaw­skich do Paderewskiego, Michałowskiego i innych. 
Obecnie salę obejmuje dyrekcya koncertów kra­kowskich i przygotowuje na zimę szereg interesujących produkcyi, poświęconych w pierwszej linii polskiej twórczości. Pierwsze miejsce wśród nich zajmie cykl p. t. „Muzyczna Warszawa". Otwarcie sezonu w sali Saskiej odbędzie się jeszcze w bieżącym miesiącu." 

O jak Ograniczenie opalania pociągów osobowych. 
"Opalanie pociągów osobowych na kolejach żelaznych będzie tej zimy bardzo znacznie ograniczone. Pociągi będą opalane tylko do dn. 31 marca, a temperatura w przedziałach kolejowych wynosić będzie najwyżej 10 do 12 stopnie Celsiusza. Pociągi, których czas jazdy wynosi najwyżej 1 i pół godziny, nie będą wcale opalane." 

Ś jak Świętego Marcina
"Święty Marcin, który tradycyjnym zwyczajem miał wczoraj zajechać do nas uroczycie na białym koniu, opóźnił swoje przybycie, zatrzymując się gdzieś w drodze na górach, za co mu będzie wdzięczną ludność krakowska, pozbawiona w znacznej jeszcze części opału. Oby ten wjazd odbył się jak najpóźniej — oto prośba, jaką wszyscy Krakowia nie zanoszą do patrona wczorajszego święta.
Pochmurna przeważnie, chłodna i posępna była aura wczorajszej niedzieli. Słońce tylko na chwilę w południe przedarło się przez oponę gęstych chmur. Miasto było jednak nadzwyczaj ożywione.
Mimo stałych skarg na ciężkie czasy, braki aprowizacyjne, drożyznę, karty, w których już się trudno zorientować, inne plagi wojenne, kina, oraz kawiarnie i restauracyje wypełnione były do ostatniego miejsca. Sensacyjne wypadki, których jesteśmy świadkami, ożywiły niedzielne pogawędki, dostarczając do nich obfitego materyału."

W jak Wykaz pospolitaków
"Wykaz z pospolitaków urodzonych w r. 1900! Na murach miasta pojawiły się wczoraj afisze, donoszące, iż został sporządzony wykaz pospolitaków urodzonych w Krakowie w r. 1900, obowiązanych do służby w pospolitem ruszeniu w roku 1918. Wykaz przeglądać można w wydziale  Vb magistratu, od 15 do 23 b. m."

Z jak Zakaz sprzedaży bielizny męskiej. 
'Drobna sprzedaż bielizny męskiej zastała zakazana. W najbliższych dniach ukaże się nowe rozporządzanie ministerstwa handlu, które ma uregulować sprzedaż bielizny męskiej. Jeden z wyższych urzędników centrali wełnianej podaje w tej sprawie następujące wyjaśnienia: 
Dnia 30 października b. r. ukazało się nowe rozporządzenie, na mocy którego wszystkie zapasy bielizny męskiej mają być oddane centrali wełnianej.
Powodem chwilowego zakaz u sprzedaży bielizny męskiej jest bardzo wielkie zapotrzebowanie bielizny zarówno dla wojska jako też dla urzędu rozdzia­łu odzieży ludowej. 
Zapasy bawełny są na wyczerpaniu, a niema nadziei na uzupełnienie ich w najbliższym czasie. 

Trzeba będzie przeto oswoić się j koniecznością wpro­wadzenia w życia bielizny wyrabianej z masy papierowej. Wprawdzie trudności techniczne, z jakiemi połączony jest wyrób bielizny z papieru, dałyby się usunąć, jednak brak odpowiedniej ilości i jakości papieru. Dlatego też dotychczas produkcja bielizny papierowej była bardzo ograniczoną. Do wyrobu bielizny papierowej potrzebny jest papier, którego metr kwadratowy nie waży więcej jak 20 do 25 gramów. Tego rodzaju papieru nie wyrabia się w Austrii, a import takiego papieru natrafia na wielkie trudności." 


A na koniec - zapraszam na film "Cabiria" i na 18 FESTIWAL FILMU NIEMEGO w kinie pod Baranami!




Kryminałów brakuje na blogu, a ponoć to najbardziej poczytny gatunek literacki. Zapraszam na prawdziwą sensację z oszustami i obrazem w roli głównej, a także z krwawym morderstwem na początek. I nie, nie jest do "Vinci".  :)

Uwaga - dużo ciekawego tekstu!




"OBRAZ LOTTA ODNALEZIONY"
(pisownia oryginalna - artykuł z "Tajny Detektyw" 08.04.1934 r.)

"Pierwsze dni października ubiegłego roku obfitowały w Krakowie  w nielada sensacje kryminalne.
Kradzież obrazu Lorenza Lotta dokonana 1 października w pałacu hr. Xawerego Pusłowskiego przy ul. Andrzeja Potockiego, zbiegła się ze zbrodnia Maliszów, popełnioną dnia następnego we wczesnych godzinach rannych. Niesamowite podłoże dramatu z ul. Pańskiej do tego stopnia wstrząsnęło opinią publiczną, że sprawa zagadkowej kradzieży słynnego obrazu przestała być z miejsca tematem rozważań laików i dociekań fachowców policyjnych, których cała uwaga skierowana była wówczas na jak najspieszniejsze wytropienie pary morderców rodziny Susskindów i postawienie ich przed sąd doraźny.

Gdy w tym ostatnim wypadku sprawiedliwości stało się zadość i Jan Malisz wraz ze swą żoną Marją znaleźli się za kratami więzienia św. Michała, powrócono do pałacu hr. Pusłowskiego i wznowiono drobiazgowe śledztwo.
Dziś przypomnimy Czytelnikom tylko pewne zasadnicze momenty tego zdarzenia i z niemi zwiążemy szczegóły, jakie dopiero w ostatnich dniach wypłynęły na powierzchnię dzięki rzeczywiście dziwnemu zbiegowi okoliczności, tak często nie zależnemu od zamiarów i działań ludzi.

Obraz znika!
Wśród muzealnych zbiorów hr. Pusłowskiego, rozmieszczonych w jego pałacu przy ul. A.Potockiego w Krakowie, znajdował się niezwykle cenny obraz, pędzla mistrza włoskiego Lorenza Lotta, przedstawiający św. Rodzinę. Wisiał on na ścianie salonu II piętra, otoczony płótnami Watteau, Delacroix, Kranacha, Matejki, Mehoffera, Malczewskiego i in. Od kilku lat agenci zagranicznych i krajowych antykwarjatów starali się go nabyć, jednak bezskutecznie. Tymczasem znalazł się jakiś tajemniczy „amator dzieł sztuki“, który albo sam, albo przy pomocy wspólników wszedł w posiadanie obrazu drogą... kradzieży.
Jak wspomnieliśmy, w niedzielę dn. 1 października ub. r. właściciel pałacu i jego służba byli przez całe popołudnie nieobecni w mieszkaniu. W tym właśnie czasie zakradł się do salonu ów nieznajomy i wyjąwszy obraz z ram, wyniósł go z pałacu, przez nikogo niespostrzeżony. Dopiero na drugi dzień rano hr. Pusłowski zauważył leżącą na fotelu w salonie pustą ramę i w ten sposób odkrył kradzież, przeprowadzoną bez pozostawienia jakichkolwiek śladów włamania. 



Droga do miejsca czynu wiodła albo przez tylną klatkę schodową, gdzie złodziej napotkał drzwi zamknięte na zatrzask (kluczyk pozostawiała służba za ławką na schodach), albo przez główną klatkę, znajdującą się w centrum pałacu i dostępną każdemu, kto raz znalazł się na parterze lubb I piętrze pałacu.

 Drugą przeszkodę stanowiły drzwi miedzy małym przedpokojem mieszkania hrabiego, a salonem. zamykane na klucz, który chowano za wieszakiem na rzeczy. W obydwóch wypadkach ktoś nieobznajmiony z terenem i niepoinformowany dokładnie o miejscach ukrycia kluczy, zmuszony był obie te przeszkody sforsować siłą i w ten sposób pozostawić wyraźny ślad włamania.

 Odrazu więc stało się jasnem, że złodziej pochodził albo z grona mieszkańców pałacu, lub też z najbliższego ich otoczenia. Jakkolwiek było, policja uznała za przedewszystkiem wskazane zabezpieczyć granice całego państwa i uchronić w ten sposób od wywiezienia. Wcześniej lub później musiało to nastąpić ze względu na niemożność sprzedania obrazu na rynku krajowym. Ponadto rozesłano reprodukcje dzieła do wszystkich antykwarjatów z odpowiedniem ostrzeżeniem.

Tymczasem w toku śledztwa zaczęło się ugruntowywać przekonanie, iż kradzież w pałacu hr. Pusłowskiego jest niczem innem, jak tylko dalszem ogniwem w łańcuchu analogicznych wypadków, których widownią była najbliższa okolica Krakowa, w czasie ostatnich czterech miesięcy, poprzedzających udałe zniknięcie obrazu Lorenza Lotta.


Na szlaku Górka Narodowa — Wieliczka.
Przypominano sobie, że z początkiem lata ub. r. dokonali wówczas nieznani sprawcy zuchwałej kradzieży dwóch cennych płócien w dworze pp. Baszczyńskich w Górce Narodowej i że w jakiś czas potem drogą poufnych wywiadów ustaliły władze nazwiska złodziei, którymi okazali się: Stanisław Kania, z zawodu introligator, oraz jego dwaj wspólnicy Władysław Jakóhik i Józef Jaśkiewicz. Dzięki tej wiadomości zdołano wytropić ich konfidenta, który w czasie pościgu na terenie Prądnika Białego porzucił w polu oba obrazy i umknął nierozpoznany.

Po pewnym czasie ta sama banda dała policji nowy znak życia o sobie. Bo oto w nocy, z dn. 21 na 22 lipca ub. r. włamano się do mieszkania prof. Tadeusza Korpala w Wieliczce przy ul. Siemiradzkiego, gdzie skradziono 5 cennych obrazów, a miedzy nimi portret młodzieńczy króla Jana Sobieskiego pędzla  Siemingowskiego, znajdujący się obecnie na Wawelu i studjum Piotra Michałowskiego, przedstawiające głowę młodzieńca. 
Skradzione płótna przedstawiały wartość 50 tysięcy złotych. Dochodzenia w tej sprawie prowadziła II brygada krakowskiej policji śledczej, która na podstawie odcisków daktyloskopijnych ustaliła identyczność sprawców w obydwóch wypadkach.

Niezwykle uciążliwe śledztwo doprowadziło do wykrycia transportu obrazów prof. Korpala, które „pod opieką“ nowego konfidenta bandy Kani znajdowały się już w pociągu pospiesznym, zdążającym z Krakowa do Wiednia. Tuż przed stacją w Trzebini wywiadowcy ubrani po cywilnemu, przystąpili do aresztowania podejrzanego. Tymczasem nieporozumienie z władzami kolejowemi, które nie zorjentowały się na czas w sytuacji, stało się sprzymierzeńcem konfidenta złodzieji, który zbiegł w Trzebini, pozostawiwszy obrazy w przedziale wagonu.


Po członkach bandy znikł narazie wszelki ślad. tak, iż nie można było ustalić, gdzie potem przebywali. Dopiero bezpośrednio po wykryciu kradzieży w pałacu hr. Pusłowskiego dowiedziano się, iż Kania i jego wspólnicy znajdowali się w czasie kradzieży w Krakowie. Rozpoczęto więc natychmiast za nimi pościg, który doprowadził w jakiś czas potem do aresztowania Kani w Królewskiej Hucie, dokąd wyjechał zaraz po l października, oraz jednego z jego towarzyszy, a mianowicie Jakóbika. Juśkiewicz ukrywa się do dnia dzisiejszego, prawdopodobnie we Lwowie. (Ktokolwiek rozpozna go na podstawie poniżej zamieszczonej fotografji — niech natychmiast zawiadomi o tern najbliższy urząd policyjny!!) Mimo dalszych energicznych dochodzeń,
nie zdołano narazie związać działalności tej bandy ze zniknięciem obrazu Lotta, choć istnieją silne potemu poszlaki. Do nich zaliczymy fakt, że Kania przychodził do pałacu hr. Pusłowskiego w czasie, gdy jeszcze trudnił się uczciwą pracą i jako introligator oprawiał książki do bibljoteki hrabiego.

Zagadka muru Ogrodu Botanicznego.
Równocześnie z pościgiem policji za członkami bandy Stanisława Kani, rozegrało się w niedalekiem sąsiedztwie pałacu hr. Pusłowskiego zdarzenie, które dopiero po 6 miesiącach znalazło swój rewelacyjny epilog.

Oto niejaka Zofja Berowska, pracująca w połowie października ub. r. w charakterze robotnicy miejskiej przy rozbiórce wałów fortecznych, ciągnących się wzdłuż ul. Okopy, udała się w czasie przerwy obiadowej, wraz ze swą koleżanką, również robotnicą, Katarzyną Lusztynową, zamieszkałą przy ul. Wielickiej, pod mur sąsiedniego Ogrodu Botanicznego (patrz fotografje), aby tam odpocząć po pracy. W pewnej chwili spostrzegła na szczycie ceglanego ogrodzenia wystającą krawędź jakiegoś małego obrazu (wymiary dzieła Lotta: 31x41 cm). Nie namyślając się długo, urwała kawałek pręta z pobliskiego krzaka i za pomocą niego ściągnęła obraz z muru, który wysoki jest tam na 2.5 m.
Podczas tej czynności zarysowała prętem obraz w miejscu, gdzie znajduje się czoło mężczyzny, stojącego po lewej stronie. Trzymając już malowidło w rękach, przekonała się wraz ze swą koleżanką, że przedstawia ono Św. Rodzinę.



Postanowiła ten "święty obrazek" zabrać do swego domu; i tak się też stało.

Tego samego dnia wieczór, a działo się to w drugiej połowie października, (więc w trzy tygodnie po kradzieży w pałacu hr. Pusłowskiego) znaleziony obraz zawędrował do ubogiej izdebki, znajdującej się w domku pod nr. 114 w Zalesiu pod Kobierzynem, gdzie od jesieni mieszka rodzina Berowskich, złożona z matki Felicji, z zawodu szwaczki,jej syna Nikodema, córki Zofji i jej dwojga małoletnich dzieci. Wszyscy oni gnieżdżą się w pokoiku, który normalnie zajmować mogą dwie osoby. Nędza wieje ze wszystkich jego kątów i tylko teraz świeżo wybielone ściany świadczą o zamiłowaniu do czystości tej gromadki. Na jednej z nich, tuż nad łóżkiem-pryczą, powiesiła Zofja znaleziony obrazek, by „dzieci miały do czego odmawiać pacierze“...
I tak przez blisko pół roku wisiał sobie ten obraz na nędznej ścianie izdebki. Widziały go sąsiadki, widzieli ludzie przychodzący z miasta... Nikt nie zwracał na niego uwagi. Aż pewnego razu...



W antykwariacie Horowitza.
Właścicielka domku p. Wcisłowa zezwoliła Berowskim na wybielenie stancji. Trzeba było powynosić na pole graty, pozdejmować ze ścian obrazki i sztuczne kwiaty.
Syn Nikodem, który jest z zawodu lakiernikiem i malarzem pokojowym, pozostającym notabene bez pracy, zabrał się żwawo do roboty. W pewnej chwili znalazł się w jego rękach obrazek z muru Ogrodu Botanicznego.
Zaczął mu się po raz pierwszy uważnie przypatrywać i w końcu odczytał podpis: Lottus, a pod nim datę 1512.

Zaintrygowany tern odkryciem i przypuszczając (zresztą słusznie), że malowidło może posiadać „pewną“ wartość, namówił matkę, by przy sposobności, będąc w Krakowie, wstąpiła z nim razem do jakiegoś antykwarza, który miał im ocenić znaleziony obraz.
W ten sposób znaleźli się oboje we środę 28 ub. m. tuż po godz. 9-tej rano w sklepie antykwarza Horowitza, przy ul. Wiślnej, którą zwykle przechodzą na drodze z Zalesia przez Dębniki do Śródmieścia Krakowa. 


P. Horowitz, nie zwracając większej uwagi na obraz, obiecał przesłać go do oceny i polecił Berowskim zgłosić się tego dnia o godz. 5 po południu po odpowiedź. Tymczasem już w pół godziny potem zjawił się w antykwami p. Stanisław Pochwalski, znany malarz i znakomity restaurator obrazów dawnych mistrzów, który przeglądając wraz z Horowitzem nowo pozyskane płótna, natknął się na przyniesiony przez Berowskich obrazek i natychmiast rozpoznał w nim skradzione hr. Pusłowskiemu arcydzieło Lorenza Lotta.

Można sobie wyobrazić konsternacje antykwarza, który mimo woli znalazł się w chwilowym posiadaniu drogocennej rzeczy, o której zniknięciu przed sześciu miesiącami pisała cała prasa polska i zagraniczna.

P. Pochwalski uwiadomił telefonem hr. Pusłowskiego o swem odkryciu i gdy razem z p. Horowitzem zamierzali to samo uczynić pod adresem policji, zjawili się w sklepie ajenci brygady śledczej, którzy drogą poufnego wywiadu już dowiedzieli się o wizycie Borowskich w antykwami. Postanowiono aresztować ich w chwili, gdy zjawią się po południu po odpowiedź. I tak też się stało.



Początkowo mniemano, że Berowscy działają w porozumieniu ze sprawcami kradzieży. Śledztwo wyjaśniło jednak rychło to przykre qui-proquo i biedni ludzie, a szczęśliwi znalazcy drogocennego obrazu, pretendujący do wyznaczonej nagrody, zostali wypuszczeni na wolność.

Dzieło Lorenza Lotta zawędrowało z powrotem do pałacu przy ul. A. Potockiego. Ono jedno, gdyby mogło przemówić. Zdradziłoby nam nazwisko krakowskiego Arsena Łupina, który z obawy lub spowodowany innemi okolicznościami porzucił je na murze Ogrodu Botanicznego."

W pełni obraz "Adoracja dzieciątka" Lorenza Lotta możecie zbadać pod tym linkiem - Wirtualne Muzea Małopolski , a także sprawdzić czy bruzda od kija u św. Franciszka  dalej jest :).

Natomiast najlepiej się udać do oddziału MNK -  "Europeum" w budynku dawnego Starego  Spichlerza i zobaczyć na żywo. Naprawdę warto! 

21 marca - podczas Rady Miasta uchwalono, że dla mieszkańców Krakowa budowane będą otwarte baseny z wieżami skoków, kąpieliska miejskie, a obok nich kawiarnie z werandami. Inwestycje realizowane z budżetu miasta lub budżetu obywatelskiego i na przeszkodzie nie stoją żadne lobby deweloperskie, tłumaczenie się nie wyjaśnioną sytuacją prawną działki, niejasny plan zagospodarowania przestrzeni miejskiej itd.

1936 r.

Chciałabym napisać, że to się dzieje teraz w 2017 r. :)

Rok 1939, wiosna, 21 marca. "Nowy Dziennik":
"Na skutek starań komitetu budowy miejskiego stadionu sportowego w Krakowie pod przewodnictwem gen. Narbutt-Łuczyńskiego, uzyskano znaczne fundusze, które umożliwią w sezonie nadchodzącym zrealizować wiele inwestycji sportowych.
Kwoty, które wpłynęły,  użyte będą przede wszystkim na budowę basenu sportowego z wieżą skoków i trybunami na 2000 osób, rozbudowę miejskiego kąpieliska przez zwiększenie chłonności szatni, które będą wyposażone w urządzenia na 2000 osób, budowę nowoczesnej kawiarni dla użytku kąpiących z werandą długości 60 metrów.
Trybuny na boisku lekkoatletycznym zostaną zaopatrzone w ławki do siedzenia, mogące pomieścić około 3000 osób. Ławki te będą wmontowane w żelazobetonowe stopnie.
Dalsza część stadionu zostanie wyposażona w siatkowe ogrodzenia.
Wszystkie te inwestycje mają doniosłe znaczenie ze względu na mające się odbyć w Krakowie z końcem lipca br. igrzyska sportowe Polaków z zagranicy oraz mecz lekkoatletyczny Polska - Imigracja w dniu 5 i 6 sierpnia br.
Pracami technicznymi wymienionych inwestycyj kieruje architekt inż. Marcin Bukowski, projektodawca miejskiego parku sportowego w Krakowie."


amfiteatr przed wojną i podczas wojny


Co udało się zrealizować do wojny?
Na pewno stadion lekkoatletyczny męski, boisko lekkoatletyczne dla kobiet, basen, korty tenisowe, amfiteatr oraz szatnie.  Główny stadion powstał już po wojnie. A czy podczas wojny przebudowano basen? Nie jestem pewna, sądząc po zdjęciach musiało tak być.

basen podczas wojny
audiovis.nac.gov.pl
Na stronie Szlak Modernizmu, którą serdecznie polecam, możemy przeczytać:

"Budowle z lat 1934-39 odznaczały się dużą prostotą, zarówno pod względem konstrukcyjnym, jak i architektonicznym. Otoczone bujną zielenią uzyskały elewacje z czerwonej cegły oraz proste bryły, urozmaicone bulajami, masztami flagowymi, żelbetowymi pergolami i płaskorzeźbami. Do dzisiaj pozostało niewiele dowodów dawnej świetności Miejskiego Stadionu Sportowego. Spośród nich warto zwrócić uwagę na dwa budynki damskiej i męskiej szatni, flankujące niegdyś wejście do amfiteatru. Na ich elewacjach zachowały się zaprojektowane przez Karola Muszkieta wyobrażenia Artemidy i Herkulesa."

projekt Marcina Bukowskiego ze str Szlak Modernizmu

Jakie macie wspomnienia z tym miejscem?  Co myślicie o nowej inwestycji, która powstanie pod koniec następnego roku?

ct.mhk.pl lata 50-te

Centrum Sportowo-Rehabilitacyjne "Cracovii"

Przy okazji, przypominam, że projekty w BO na 2018 r. możemy składać do 31 marca, w Łodzi jest już ponad 1000 złożonych, a u nas póki co - jeden.
https://budzet.dialoguj.pl
Dziś wpis okolicznościowy, spontaniczny, zainspirowany wzmożonym ruchem na ulicach i powszechną tęsknotą pierwszego września za edukacją, za nowym planem na życie, rutyną i nowymi obowiązkami.
Czy wiedzieliście, że oprócz 1 stycznia drugą datą na postanowienia zmian życiowych jest właśnie 1 września. Otóż, jeżeli nie udało się Wam wtedy, możecie spróbować jeszcze raz :).

Swój rok szkolny rozpoczniemy w 1927 r. w szkole niezwykłej, jednej z najstarszych, w Gimnazjum Żeńskim im. Św. Urszuli SS. Urszulanek.
Od razu przepraszam męską część moich czytelników, wstęp do gimnazjum tylko wtedy, gdy zostaną Panowie wykładowcami (np. historii), lub stróżem.

mhf.krakow.pl
Szkoła mieści się przy ulicy Starowiślnej w gmachach, będących własnością SS. Urszulanek. Są to trzypiętrowe kamienice wzniesione w latach 1875-1907, ciągnące się od numeru 2 do 11 i zajmując łącznie z ogrodem powierzchnię  2 morgów i 433 sążni. Jest tutaj także internat dla słuchaczek Uniwersytetu Jagiellońskiego, czteroklasowa szkoła powszechna, gimnazjum humanistyczne, pensjonat dla własnych uczennic i klasztor.

mhf.krakow.pl
Sal szkolnych jest 26, prawie wszystkie mają posadzkę dębową froterowaną. W całym gmachu jest światło elektryczne, a korytarze ogrzewane kaloryferami.  Gimnazjum posiada salę gimnastyczną z kortem tenisowym, salę rekreacyjną, pracownię chemiczną, salę wykładową do fizyki, gabinet przyrodniczy, geograficzny, lekarski, salę rysunkową, pracownię rysunkową i czytelnię. Prócz kancelarii Matki Dyrektorki, jest poczekalnia dla gości i sala konferencyjna.

Pauzy (a nie przerwy!) odbywają się stale w ogrodzie, o ile pogoda na to pozwala.

Do wyboru mamy osiem klas, z tym że klas III i IV są dwie: klasa a i b.

 ***
Drogi dzienniczku,
Nie mogłam spać prawie całą noc i już o świcie chciałam założyć mój mundurek! Chyba nigdy jeszcze tobie o nim nie pisałam, otóż mam na sobie dziś wersję świąteczną*, czyli granatową plisowaną spódnicę, białą bluzkę z marynarskiem kołnierzem, wykończonem dwoma granatowymi paskami, brązowe buty i pończochy.
Dziś rozpoczęcie roku szkolnego! Z ta myślą każda z nas podążyła do klasztornej kaplicy. Dzień był ciepły i słoneczny. Na podwórzu szkolnem zebrałyśmy się znowu po przeszło dwumiesięcznej rozłące. Niby jaskółki, które z wiosną powracają do swych gniazd tak my radosne, wypoczęte i pełne zapału weszłyśmy w otwartą bramę. W każdej z nas  mieszają się uczucia pewnego lęku i ciekawości. Czy wszystkie wróciły do szkoły, czy zmienią nam klasę, kto będzie miał obok mnie łóżko w pokojach pensjonatu?

mhf.krakow.pl
Jak wiesz, ja przeszłam  już do szóstej, z czego niezmiernie się cieszę, wszak szóstoklasistka to już prawie dorosła panna.
Jest nas aż 48 dziewczyn, to i tak mniej niż w zeszłym roku. Jak się okazuje aż trzy wyjechały do innego miasta (Ah, moja ukochana Florcia, nikt mi Ciebie nie zastąpi!!!),  a dwie niestety nie przeszły do kolejnej klasy.


W mojej klasie uczy się Zofia Malczewska, wnuczka znanego malarza Jacka Malczewskiego, porządna dziewczyna i prymuska. Jak już pisałam tobie dzienniczku, niektóre dziewczyny jej nie lubią i często podkradają jej przybory na lekcjach rysunku...Ciekawe jak będzie w tym roku. Lekcja rysunku to moja ulubiona lekcja, ... a może jednak historja? Nie wiem, nie wiem, muszę się zastanowić porządnie następnem razem.

W tym roku szkolnym dla naszej klasy zapowiedzieli same wycieczki techniczno-przemysłowe do: Wapiennik Libana w Podgórzu, do Gazowni Miejskiej,  Fabryki czekolady Piaseckiego, Fabryki drutu i siatek Kucharskiego, Fabryki octu Srebrnego w Krakowie, Elektrowni i Fabryki Azotniaku w Chorzowie, Fabryki mydła Cwiklitzer'a w Katowicach i Fabryki Porcelany w Bogucicach.
Nie myśl, że to wszystko zapamiętałam, spisuję z tablicy w naszej klasie.

Tyle tych wycieczek pewnie przez to, że jako uczennica klasy VI przez cały rok będę miała chemię. Coś mi się zdaję, że się nie polubimy... Cóż, coś za coś ...Najbardziej się cieszę na myśl o wycieczce do fabryki czekolady i porcelany! Ciekawe czy w fabryce Piaseckiego uraczą nas gorącą czekoladą w filiżance porcelanowej. Jak się odważę to się spytam, lub po prostu pójdziemy na Rynek i tam to skosztujemy.
Inne klasy mają wycieczki historyczne do Skałki, Domu Matejki i Muzeum Czartoryskich, ale to nuda... Już tam byłam  i to nie raz.
Wiosną jak zawsze całą szkołą pojedziemy do Sierczy, a potem do Częstochowy, na Jasną Górę. Też już tam byłam, ale tym razem obiecano nam postój w ruinach zamku Tenczynku i Olsztynie. Musimy do tego czasu zapoznać się z historią bohatera Karlińskiego.

Plan zajęć mam całkiem znośny, uczę się przyrody, geografii, matematyki, historii, chemii, języka polskiego, francuskiego, niemieckiego i łaciny. Oprócz tego mam lekcje rysunku i lekcje gimnastyczne.

Najbardziej się cieszę z tych lekcji gimnastyki. Uwielbiam grać w koszykówkę i dłoniówkę. W tym roku zaczniemy też gimnastykę rytmiczną. Będzie nas uczyć sama Rita Sacchetto Zamoyska! Jak wiesz jestem troszkę niezgrabna i podskakuję chodząc, a ponoć tak znakomita siła jaką jest Pani Sacchetto potrafi zdziałać cuda!
mhf.krakow.pl
Opiszę ci kim jest ta Pani. Otóż jest to znana tancerka włoska, żona rzeźbiarza Zamoyskiego. Słyszałam jak mamusia w naszym saloniku mówiła, że w Krakowie chodzą plotki o nich. Ponoć Zamoyski chce się z Panią Sacchetto rozstać* i wyjechać do Paryża, ale ona nie chce i ponoć go kocha... Mówiła też, że będzie to skandal miłosny.  Nie wiem jeszcze co to miłość, tylko z książek mamusi mogę to sobie wyobrazić ... Skandal brzmi bardzo groźnie. Wolałabym aby Pani Rita nie wyjeżdżała, inaczej dalej będę chodzić i tańczyć niezgrabnie.

Podręczników jeszcze wszystkich nie mam. Muszę popatrzyć co posiada  nasza spółdzielnia uczniowska, nazywana dumnie Sodalicją Marjańską, w swoim sklepiku antykwarni, który jest dość drogi. Został otwarty w zeszłym roku aby zapobiec lichwie księgarskiej wśród uczennic. Jak wiesz, ja też próbowałam wtedy sprzedać parę książek i do tej pory gdy widzę Matkę Dyrektorkę, to się boję, że mi o tym przypomni.

mhf.krakow.pl
Niestety aż do końca września będzie zamknięta czytelnia, a tam jest jedyne w naszej szkole radio (kryształkowe!) z którego możemy korzystać gdy jesteśmy zwolnione z gimnastykowania się... No cóż, jakoś sobie poradzimy, zwłaszcza że w następnym tygodniu pójdziemy do kina "Wanda" na film dozwolony przez dyrekcję. Lecę sprawdzić repertuar!
Do zobaczenia!!!

P.S. Właśnie się dowiedziałam, że początku przyszłego miesiąca nasza szkoła przy bramie Florjańskiej będzie witać Prezydenta Mościckiego!!!

***
Z pozdrowieniami dla wszystkich  nauczycieli i tegorocznych szóstoklasistów, którzy do gimnazjum już nie pójdą ...



Twórczość własna i parafrazy na podstawie: 
"Sprawozdanie Gimnazjum Żeńskiego im. Św. Urszuli SS. Urszulanek w Krakowie za rok szkolny 1927/28" http://pbc.up.krakow.pl/dlibra/docmetadata?id=2634&dirds=1&tab=3
Zdjęcia: mhf.krakow.pl
Przypisy:
*nieświąteczna wersja mundurka - granatowa bluzka z marynarskim granatowym kołnierzem z dwoma białymi paskami.
* Rozwód odbył się w listopadzie 1927 r., więc plotki były prawdziwe :)
O Zamoyskim  i jego żonie Ricie: http://www.weranda.pl/sztuka/15181-zamoyski-rzezbil-cialo-i-kamien