Pożary w dawnym Krakowie

W ciągu swoich dziejów Kraków palił się dość często, sprzyjała temu ciasna zabudowa miasta.

zdjęcie z audiovis.nac.gov.pl

Tylko w samym XV w. zdarzyło się kilka olbrzymich pożarów - w 1455 r. , w 1462 r., w 1473 i w 1475. Spaliła się wtedy duża część miasta, szczególnie zaś ucierpiała ulica Grodzka, część Collegium Maius i w ogóle ponad 100 domów.
Pożar w 1487 r. zniszczył doszczętnie cały dorobek, a także całą bibliotekę Filipa Kallimacha. (Ten włoski humanista urodził się w średniowiecznym Manhattanie - San Gimignano, który całkiem niedawno podziwiałam osobiście ehhh... jak to wszystko jest połączone ze sobą i zarazem takie bliskie: Kraków-Toskania...). Niestety był to bardzo dotkliwy cios dla Toskańczyka i kolejna plaga morowej zarazy zabrała go ze sobą.

Miasto w miarę możności starało się zapobiegać pożarom, nakazywano wylepiać gliną kominy, zwłaszcza kominy browarów, piekarni, szmalcowni, ponad to każdy właściciel domu musiał posiadać środki ratownicze pierwszej potrzeby: drabiny, wodę i sporą ilośc piasku.
zdjęcie z audiovis.nac.gov.pl

Od XIV w. strażnik z wieży Mariackiej dawał sygnał alarmowy dojrzawszy gdzieś pożar. Jeśli pożar już wybuchł obowiązywało natychmiastowe jego gaszenie. Średniowieczne prawo przywidywało wygnanie z miasta za ucieczkę przed ogniem, jeśli uciekający nie okrzyczał pożaru.

Do gaszenia przede wszystkim byli zobowiązani Ci, którzy dysponowali największą ilością wody, czyli - łaziebnicy. Nakaz ratowania dotyczył jednak wszystkich i wszyscy musieli biec z wodą tam gdzie wybucha ogień. Istniały nawet nagrody: pierwszy, który przybył na miejsce otrzymywał nagrodę w wysokości 1 solida, drugi - 6 groszy, następni po 2 grosze. Obowiązkowo musieli jednak zjawić się z pełnymi beczkami, inaczej zamiast nagrody groziła im kara.

W 1528 r. pożar, który powstał koło Gródka, zniszczył całą północną część miasta z kościołami: św. Krzyża, św. Ducha, św. Marka, a za murami miejskimi kościół św. Mikołaja, św. Krzyża na Kleparzu i św. Filipa . Kilka tygodni później, spalił się klasztor na Zwierzyńcu, skąd ogień przerzucił się na Kazimierz, gdzie obrócił w popiół ratusz oraz południową i wschodnią część miasta.

W 1555 r. pożar strawił ponad połowę Sukiennic.

Nawet nie będę wyliczać wszystkich pożarów, paliło się często i wszędzie. Kalendarium dziejów Krakowa jest nimi przepełniony. A gdzie tam jeszcze Szwedzi, Moskale....

zdjęcie z audiovis.nac.gov.pl

I tak to oto dochodzimy do najtragiczniejszego pożaru w 1850 r., kiedy to dzięki biurokratycznym zarządzeniom austriackim (w obawie przed rewolucją Austriacy nie pozwalały strażakowi na wieży Mariackiej bić w dzwon alarmowy) spłonęła trzecia część miasta. A stało się tak za sprawą orzechów włoskich (ciekawe, że po rosyjsku są to orzechy greckie, w przeciwieństwie do wszystkich innych języków słowiańskich... nawet Ukraińcy mają "woloski gorichy" :) )

"Orzechy włoskie potrafią działać jak pociski zapalające i stać się przyczyną zniszczenia 160 domów, czterech kościołów, trzech klasztorów i dwóch pałaców. Właśnie one składowane były w sąsiedztwie tzw. Dolnych Młynów nad Rudawą, które zapaliły się 18 lipca 1850 r.
Niesione przez wiatr rozprzestrzeniły pożar, który przeszedł dalej przez ul. Krupniczą, Planty, ul. Wiślną, Bracką, Grodzką i wiele innych, nie oszczędzając Rynku. Z powodu drewnianej zabudowy miasta, braku straży pożarnej i małej liczby sikawek, krakowianie szybko zrezygnowali z akcji ratunkowej - skupili się na organizacji samosądów nad domniemanymi podpalaczami. "Dzisiejszej nocy sami tylko starozakonni i chłopi z wsi okolicznych ratują miasto" - pisała ówczesna prasa."
"Austriackie gadanie czyli encyklopedia galicyjska", M. Czuma


 zdjęcie z audiovis.nac.gov.pl
Helena Modrzejewska w wyniku tego pożaru ( tak a propos' czy ktoś już był w Krzysztoforach na wystawie o niej? jakieś wrażenia ?) jako mała dziewczynka przez długie tygodnie koczowała wraz z matką i innymi krakowianami na łąkach-mokradłach Św. Sebastiana, (teraz tam oczywiście łąk nie ma , ale za to biegnie ul. Sarego).
Szczegółowy przebieg pożaru jest cudnie opisany u przewodnikpokrakowie - 1 część, 2 część i 3 część. Nic dodać nic ująć :)




Później był pożar kawiarni "Drobnerion" na rogu Plant i Szewskiej. Narożny szczyt ówczesnego budynku był ozdobiony symbolicznym czajnikiem z kamienia, który obejmowały w koło języki ognia z płonącego dachu. Tylko i czekać kiedy w czajniku zagotuje się woda! Palił się także budynek teatralny na Rajskiej, w którym wówczas mieściło się kino "Excelsior". Pali się i teraz o czasu do czasu, ale już nie tak groźnie, no i nie musimy biec z beczkami i wiadrami gdyż mamy Krakowską Straż Pożarną, która bardzo szczegółowo przedstawia na swojej stronie historię krakowskich pożarów z ciekawymi zdjęciami ówczesnych strażaków.

Na zdjęciach z audiovis krakowscy strażacy z lat 30-tych, pożar na dachu - ul. Mostowa, pożar w piwnicy na Rynku, a także pocztówki z kawiarnią Drobnera (1885 r. ?) znalezione dawno temu na aukcji allegro (niestety nie ja je kupiłam....).

9 komentarzy:

  1. Pięknie to wszystko ujęłaś, cudnie okrasiłaś zdjęciami - masz po prostu wzorową stronkę o krakowskiej historii i obyczajach! Czyta się poszczególne notki z wielką przyjemnością.
    No, posłodziłam, a na koniec jeszcze się przyznam, że poczułam się jak klasyk jakiś, już cytowana :)))
    PS. Jakżeś wypatrzyła ten pożar u mnie, to nie wiem - wszak on w żadną kategorię nie wchodzi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, dziękuję bardzo za takie posłodzenie :) siedzę cała czerwona :)

    A ja opanowałam poszukiwania na Twoim blogu przez google. Bo nie umiem się poruszać po photoblogu :( niestety. A u Ciebie tam skarbnica!!! dopiero teraz przy pomocy google to dostrzegam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No niestety, photoblogowe władze przydzieliły 10 czy 12 kategorii i na tym koniec. To zdecydowanie utrudnia poruszanie się. Na początku nazywałam odpowiednio kolejne kategorie, nazywałam, aż tu nagle okazało się, że SIĘ SKOŃCZYŁY i nie pozostaje mi nic innego jak DALEKO OD RYNKU albo INNE :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo podoba mi się ten blog i podczytuję go z prawdziwą przyjemnością. Mam cichą nadzieję, że ten świetny tekst o pożarach to lekka inspiracja pewną książką ;) Gdybym miała wcześniej dostęp do tego miejsca i wszystkich tych informacji, książka dużo by na tym zyskała :)

    Pozdrawiam serdecznie i życzę sukcesów.
    Lucyna Olejniczak

    OdpowiedzUsuń
  5. Vau, jestem w ciężkim szoku (jeżeli to faktycznie pani!)

    tu mój szok ........................................

    :) :)

    Jaki zaszczyt!!!!

    Oczywiście, że pani książka była dla mnie inspiracją i to nie jedynie do tego postu!!! Czytając ją czułam, że ta książka tak jakby o mnie. Naprawdę, jak banalnie by to nie brzmiało :)
    Dzięki niej wreszcie przemogłam siebie i zapisałam się do czytelni PAU, ( bałam się, że mnie jako nie krakuskę i jeszcze nie polkę, bez polskich dokumentów nie zapiszą - udało się), ale w pani książce to miejsce jest o wiele bardziej smaczne!!! I w większości atmosfera teraźniejszego i ówczesnego Krakowa jest niesamowita i inspiruje do podróży w czasie.
    Dziękuję i z niecierpliwością będę czekała na kolejną pani książkę o Krakowie!!!

    Idę przeżywać szok dalej! .........

    OdpowiedzUsuń
  6. No to miałaś niespodziankę :)))
    A ja Ci zrobię jeszcze jedną (aczkolwiek nie tak spektakularną)... Skoro już o czytelni PAU mowa, zajrzyj tu:

    http://www.photoblog.pl/przewodnikpokrakowie/5843620

    Też zostałam zainspirowana do zajrzenia tam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Przewodniczku, piękne zdjęcie!!! Cudnie opisane :) Mam nadzieję, że pani Lucyna koniecznie odwiedzi Twojego bloga (albo już dawno odwiedza), wszak jesteś naszym niezastąpionym guru i inspiratorką :)

    A ja dziś znowu byłam w PAU :) "Czasowałam" się z 1904 r. W przeciągu 2 godzin potrafię przejrzeć niecały miesiąc, przecież jest wydanie wieczorne i poranne :)
    Mogłabym tam zamieszkać na jakiś miesiąc :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Oczywiście, że zaglądam od dawna. Zawsze zaglądam do moich ulubionych dziewczyn :)
    Pozdrawiam i czekam na następne ciekawe wpisy.
    I chodzę też nadal do czytelni, już chyba z przyzwyczajenia. Dwa tygodnie temu przeglądałam Czas, gdy nagle zaczęła komuś dzwonić komórka. A właściwie nie dzwonić, tylko trąbić hejnałowo.Zawstydzonym właścicielem był oczywiście Leszek Mazan :)
    LO

    OdpowiedzUsuń
  9. Aż sprawdziłam jak pan Mazan wygląda :)
    Cóż w tych czasach prawdziwego miłośnika Krakowa po dźwięku hejnału w komórce poznasz :):)

    OdpowiedzUsuń