Josephine Baker w Krakowie

13.05.2015

Uwielbiam śpiewać! Od dzieciństwa tworzę dziwne piosenki o wszystkim mnie otaczającym, o dziwnym monotonnym brzmieniu, i nucę mruczę na radość kotom i złość sąsiadom. Najbliżsi nie zwracają na to uwagi, trzeba naprawdę wyć bardzo długo, by to, co wyśpiewuję nie zostało zignorowane. Czasami przy tym skaczę i dziwnie podryguje ;), cóż ... taka natura ...

A tak naprawdę uczę się śpiewu od paru dobrych lat. Mam na swoim kącie kilka występów, mogłabym mieć ich więcej, a może by nawet nagrać coś swojego (stare pieśni jaćwieskie!!!), lecz jak to się mówi - nie mam parcia. Może jakby znalazł się ktoś uparty i wspierał, to coś by ruszyło. Póki co wystarcza mi moja mała publiczność w postaci 2 kotów, całej ulicy gdy okno jest otwarte i najbliższych sąsiadów za gipsowo-kartonowymi ścianami.
Biorę wdech i...



"...J‘ai deux amours, mon pays et Paris...

Śliczna peleryna z dwunastu białych lisów pochyliła sie bliziutko mikrofonu. Głośniki zawieszone u sufitu rozprowadziły piękną melodię po sali. Rząd skrzypiec zaintonował cieniutko leitmotiv. Słowa i melodia tej przebojowej piosenki Josephine sączą się po sali: przed oczyma rozwija się wizja Pól Elizejskich w słońcu i podzwrotnikowe puszcze Afryki „dwie ojczyzny“ — Josephine Baker.

Piękny głos najmisterniej modulowany zawładnął salą. Wzrok ani rusz nie może oderwać się od tej brązowej statuy, którą zaraz porwie wir niesamowitego tańca, pochodzącego gdzieś z głębi Konga.

Reflektory smagają brązowe ciało tancerki białymi biczami — Josephine wiruje coraz szybciej, szybciej, za chwilę ten brązowy, rozpędzony bąk chyba runie wprost na publiczność — nagle, dźwięk gongu kończy taniec, miss Baker zmienia się w jednej sekundzie: na przód sceny do mikrofonu idzie teraz smukła pani o eleganckie linii i nuci zupełnie niezmęczona angielską piosenkę: There is a lull in my life (wersja francuska).
Sala łomocze odgłosem tysiąca oklasków..."
"Kino" 5/1938

Tym samym cofnęliśmy się w czasie i przestrzeni. Dokładnie o 77 lat.
Jest 14 maj 1938 r., znajdujemy się w sali "Teatru Bagatela", która jest pełniusieńka. Jest to drugi pod rząd występ tego wieczoru pani Baker. Sali nikt nie wietrzył, przez to duszno i nie ma czym oddychać, ale to nie ma znaczenia, gdy Józefina, jak ją nazywają Polacy, znowu zaczyna śpiewać. Tym razem "Pieśni z Algieru".




Dzień wcześniej Josephine przyjechała z Warszawy i była uroczyście powitana na Dworcu Głównym  przez redakcję "Ilustrowanego Kuriera Codziennego".
A jednak nie jechała lux-torpedą ;P

Zdjęcia z audiovis.nac.gov.pl

Zdjęcia z audiovis.nac.gov.pl
 Po czym, jak większość gwiazd i wycieczek zagranicznych, została zaproszona na taras widokowy Pałacu Prasy, gdzie mogła podziwiać panoramę Krakowa i udzieliła krótkiego wywiadu Witoldowi Zechterowi (stoi czwarty obok Josephine). Jak widać pogoda nie rozpieszcza! (13 maj 1938 r.)
Co to za Pan w ciemnych okularach? Niezadowolony na każdym zdjęciu.
Pisownia oryginalna:
"Gdy w wielkim mjusic-hallu paryskim oklaskiwałem tyle razy Józefinę Baker, nie przypuszczałem, że po kilku latach zobaczę ją właśnie w Krakowie i będę miał możność obserwować na tarasie „Pałacu Prasy“ jej niekłamany podziw wyrażany dla naszego miasta.

— W Warszawie było tak zimno — mówi — a Kraków jest doprawdy gorący!
— Czy myśli pani o temperaturze powietrza, czy publiczności?
— O, nie — zaśmiała się Józefina Baker, ukazując olśniewająco białe zęby. — Publiczność warszawska przyjęła mnie bardzo serdecznie, nie wiem jeszcze, jak przyjmie mnie krakowska. Niech pan nie wyobraża sobie, że nie wiem nic o Krakowie — wiem nawet i to, że publiczność krakowska jest znacznie krytyczniej usposobiona, niż publiczność w innych miastach Polski.
— Któż to pani powiedział?
— Artyści, moi znajomi, którzy robili tournee po Polsce.

Na tarasie słońce jest istotnie aż dokuczliwe. Mrużąc uczy przed jego blaskiem, słynna gwiazda rozgląda się na wszystkie strony, podziwiając niezwykle rozległą panoramę Krakowa. Nie miała jeszcze czasu zwiedzić miasta, co rezerwuje sobie na niedzielę, ale zdołała zauważyć już, że istotnie miasto to zasługuje na opinię, jaką cieszy się zagranicą.

— To naprawdę jest miasto-muzeum! — mówi. Zauważyłam, że tu nawet zwykłe kamienice są jakieś piękne — mają rzeźbione odrzwia - a planty to naprawdę jest coś wspaniałego. Bardzo się cieszę, że moje plany artystyczne sprowadziły mnie do Polski, która przecież tuk daleko leży od Paryża — nie zawsze zdarza się sposobność przyjechać tutaj...

Józefina Baker przyjechała do Polski na czele własnego zespołu i z własną orkiestrą. Wymieniając nazwy polskich miast, przekręca je oczywiście w zabawny sposób, z czego zresztą zdaje sobie sprawę i mówi, że nie byłaby w stanie nauczyć się ani słowa po polsku. Mów i znakomicie po angielsku i po francusku, tym drugim językiem jednak z bardzo zabawnym akcentem.

Schodzimy z gorącego tarasu. Czekoladowa gwiazda została przywitana w klatce schodowej rzęsistemi oklaskami pracowników Pałacu Prasy“. Dziękuje miłym uśmiechem i z zaciekawieniem rozgląda się po wnętrzu gmachu. Dłuższą chwilę interesuje się pracą maszyny .rotacyjnej, bijącej pełną parą pierwsze wydani« niedzielnego „I. K. C.“
Żegnamy słynną artystkę, życząc serdecznego przyjęcia przez publiczność wszystkich miast Polski, w których wystąpi.
***
Józefina Baker obiecała przybyć na dzisiejszy »Podwieczorek klubowy" Syndykatu Dziennikarzy Krakowskich w Grand Hotelu, który zaczyna się o godz. 17-tej. W ten sposób wszyscy obecni na „Podwieczorku klubowym“ będą mogli zobaczyć słynną czekoladową gwiazdę."
Witold Zechter "IKC"  14.5.1938 www.mbc.malopolska.pl

Jej trzeci mąż, Jean Lion, młody milioner i znany playboy, towarzyszył jej przez jakiś czas w tournee po  Europie, lecz przed wyjazdem do Krakowa pokłócił się z nią i wrócił do Paryża. Stamtąd wzywał do siebie, błagał by przerwała trasę koncertową, a najlepiej w ogóle skończyła karierę. W wywiadzie który Josephine udziela tygodnikowi  "Kino" mówi o tym, że:
 "— Mam dużo, dużo pieniędzy. W ciągu dwunastu lat mojej kariery — byłam na tyle rozsądna, by odłożyć coś na „czarną godzinę“. Dziś żegnam się już ze sceną i jestem stara... Proszę na mnie nie patrzeć zdziwionymi oczyma: mam 33 lata a to jest, sądzę, dla aktorki w moim typie dość. (...)".

Prawdopodobnie mówi tak dlatego iż wie, że jest w ciąży i marzy o tym by mieć ustatkowany tryb życia i nie mniej niż szóstkę dzieci. Niestety pod koniec tournee w Polsce poroniła, została na scenie a życie potoczyło się zupełnie inaczej...

Polecam zagłębić się w jej biografię! Jest arcyciekawa! Józefina miała niezliczoną ilość kochanek i kochanków, wśród których byli m.in: pisarka Collette, architekt Le Corbusier, malarka Frida Kahlo, szwagier sułtana Maroko i wielu innych. Znała takie ówczesne gwiazdy jak Pablo Picasso, Christian Dior, F. Scott Fitzgerald, Grace Kelly, Ernest Hemingway, Duke Ellington, Winston Churchill itd.

Jako, że już nigdy nie mogła mieć własnych pociech, więc z ostatnim, szóstym, mężem adoptowała 12 dzieci, każdego z innego kraju, innego wyznania lub innej rasy, które nazywała "Tęczowym plemieniem". Pod koniec życia popadła w poważne kłopoty finansowe, musiała ogłosić bankructwo. Do ostatnich dni występowała na scenie.

A my znowu jesteśmy w "Bagateli". Widzimy Josephine Baker roztańczoną i rozśpiewaną. Uczy krakowską publiczność tańczyć „Big apple“.

Ten filmik dedykuję Magdzie M. :)

Jedyny i niepowtarzalny obrońca skarbów - Karol Estreicher - ostatnia część

29.04.2015



Londyn, 1944 r. Karol Estreicher siedzi przy biurku pochylony i pisze coś do grubego brulionu w ciemnej okładce...
W tym poście oddaje jemu głos.

"Na posiedzeniu Komisji Rewindykacji przy konferencji Sprzymierzonych Ministrów
Oświaty poruszam sprawę ołtarza Wita Stwosza i wyjazdu ekspertów polskich do Norymbergii. Trudności nieprawdopodobne. Brak jakiejkolwiek decyzji. Brak prawdziwej pomocy ze strony polskiej. Nikt nie chce zająć się tą sprawą energicznie, nikt jej nie chce energicznie poprzeć. Pokazuje się jak nie mamy kontaktów, jak nie mamy wpływu kiedy go potrzeba."
6 kwietnia 1944 r.

"Naciskam Amerykanów, ażeby szukali w Norymberdze, pod zamkiem, Ołtarza Mariackiego. On tam na pewno jest. Czapski ma go także szukać. Nasz MSZ jest mi nieżyczliwy, ponieważ wiedzą, że jestem zwolennikiem wysłania Ołtarza Mariackiego natychmiast do Polski, wszystko jedno jakiej, do Krakowa, do Kościoła Mariackiego. Uważa mnie wobec tego za karierowicza, za zdrajcę etc. Słyszę cierpkie uwagi, dochodzą mnie plotki, nie chcą mnie wysłać do Niemiec. Daję w sztabie Andersa instrukcje. Wiem, że Czapski będzie w Norymberdze. Niech szuka."
4 czerwca 1944 r. 

"Niepokoję się o los Ołtarza Mariackiego. Do dziś dnia nie posiadamy o nim wiadomości. Wiem, że poszukują go uczeni amerykańscy i historycy sztuki, że czynią maksymalne wysiłki, aby się o los jego wywiedzieć, ale jak dotąd, wszystko nadaremno. Przychodzą z SHAEF'u (Armii Amerykańskiej) wiadomości o dziełach sztuki, z Zamku Warszawskiego, o archiwaliach i książkach polskich, ale ..
(...). Anglicy i Amerykanie są przekonani, że Polska poniosła jedną z naj cięższych strat kulturalnych w tej wojnie i jeśli chodzi o nasze tezy odszkodowawcze, wysuwające rekompensatę w materiale, a nie w pieniądzach, to natrafiają one na życzliwe zrozumienie." 

14 czerwca 1945 r.

Nareszcie otrzymałem, z dn. 24 października, rozkaz podróży do Norymbergii przez
Monachium wystawiony przez władze amerykańskie. (...)

28 października

"Wróciłem z lotniska. Pogoda tak straszna, że lot niemożliwy. Czekaliśmy do godziny ll-tej rano od 5-tej po południu - Monachium nie przyjmuje. Powrót do Harrow.
6 listopada
Powrót do Harrow. Nic z tego, nie da się lecieć.
7 listopada
Nie da się lecieć
8 listopada
Nie da się lecieć. 
9 listopada 
Nareszcie, po 10 dniach oczekiwania ruszamy. Lecimy do Monachium wprost!"
13 listopada

"Otrzymuję niezłą kwaterę na uboczu, razem z oficerem amerykańskim. Rano w Milit. Gov. u kpt. Tompsona. Sympatyczny. (...) Kieruje mnie do dr Trocke dyrektora Germ. Muz. U niego, na żądanie Monuments Fine Arts, są klucze. Na dole pod zamkiem, wielkie żelazne drzwi za małym domkiem - nikt by się nie domyślił. Wejście do piwnicy. Są, stoją i jest ich całe mnóstwo. Posągi apostołów... Madonna... płaskorzeźby... wielkie wzruszenie..."
14 listopada






"Tereniu moja kochana. 
Wyjechałem z Londynu, a raczej wyleciałem do Norymbergii, gdzie jestem obecnie. Ołtarz Wita Stwosza nareszcie znalazłem i z nim razem będę chciał wrócić. Ale to musi jeszcze potrwać. Wrócę już na stałe. Moja pozycja, gdy przywiozę Ołtarz będzie inna. (...) Pracuję tu po całych dniach nad Ołtarzem Mariackim, odszukuję i doliczam się figur, przesłuchuję Niemców, którzy rabowali w Krakowie. Jeśli uda mi się Ołtarz przywieźć do Krakowa, to kończę moją działalność naukowo-rewindykacyjną i zaczynam, nareszcie, po tylu latach - wyłącznie żyć dla siebie i Ciebie. Ani mi w głowie żadne stanowiska i kariery, nawet profesura! Nawet to mnie nie pociąga. Jakoś z pióra wyżyjemy.
Jestem bez pieniędzy. Warszawa dała mi jakąś kupę marek niemieckich, bezwartościowych. Mam trochę własnych oszczędności około 200$ i tymi będę operował. Spróbuję, może mi się uda marki Rzeszy zamienić na tzw. okupacyjne $."
listopad 1945

"Rozpoczynający się jutro w sali sądu okręgowego proces przestępców wojennych mało wzrusza. Jestem cały pochłonięty sprawą Ołtarza Mariackiego - szukam jego części - gdzie szafa ołtarzowa? - czy wszystko znajdę?"
19 listopada 

"Rabusie Ołtarza Mariackiego:
Minister Speer 
burmistrz Liebl 
Lammers 
dyrektor Muzeum Germańskiego 
Smeissner Heinz - architekt, radca 
Dr GustawBarthel Muzeum Śląskiego 
Dr Kai Miihlmann 
Dr Allrechts 
Pfarrer Dietz (Lorentz kirche ) 
Tych wszystkich trzeba przesłuchać!"
25 listopada

Z listu do Do Archiprezbitera kościoła Marjackiego w Krakowie 
"Strukturę ołtarza rozbierano po barbarzyńsku. Śledztwo w tej sprawie trwa i mam nadzieję, że winni nie ujdą kary. Ale to sprawa inna. Natomiast z ustawieniem ołtarza związane będą koszta i to dość znaczne. Może da coś na ten cel Rząd, lecz już dzisiaj trzeba o tym myśleć. Nie mogę się tutaj doliczyć niektórych części ołtarza, przede wszystkim ornamentów znad płaskorzeźb zewnętrznych. Czy nie znajdują się one w kościele, w sklepieniu pod prezbiterium, po stronie prawej koło wejścia od św. Barbary? Tam niektóre części były złożone? Ksiądz Siedlecki będzie to wszystko wiedział najlepiej."
 listopad 1945


"Kolosalne, tutaj w Norymberdze uczucie samotności. W ogóle kolosalne uczucie 
osamotnienia. Nikt mnie nie rozumie.(...)
Prace nad Ołtarzem Mariackim: paręset części. Brak miejsca w Norymberdze, gdzie 
by ołtarz złożyć, aby części porządkować czy wszystko jest. Szkody nieznaczne w rzeźbach. Gdzie pudło? (...)
Całymi godzinami siedzę zamknięty w schronie, przerzucam rzeźby, porządkuję, nie mogę się doliczyć. Ręce od zimna zgrabiałe. Brak ornamentów ołtarza. Gdzie jest pudło?"
grudzień 1945

 Pytanie, może ktoś już wie: Gdzie i w jakich okolicznościach zostało znaleziono pudło?

Na tym kończę ostatnią część tej historii. Relacje z przewiezienia ołtarza i innych dzieł sztuki w 1946 r. do Polski zostawiam sobie na przyszłość. Będzie to też dość ciekawa opowieść, z kryminałem w tle ;).

Jedyny i niepowtarzalny obrońca skarbów - Karol Estreicher - część druga mniej filmowa

17.02.2015

Jak już wiemy, w nocy z 28 na 29 sierpnia 1939 roku Karol Estreicher wyruszył galarem do Sandomierza wraz z 30 skrzyniami. Sandomierz miał być tylko przystankiem w dalszej podróży w dół Wisłą. Docelowo miał trafić do Gdyni, a stamtąd drogą morską do Szwecji lub Norwegii. Nikt nie przepuszczał, że wojna wybuchnie tak szybko i scenariusz uratowania ołtarza skazany będzie na niepowodzenie.
K. Estreicher dotarł do Sandomierza 1 września. Po drodze galar był ostrzeliwany z powietrza, szczęśliwie zakończyło się bez strat i ołtarz nie ucierpiał. Muszę tutaj opowiedzieć bajkę przewodnicką: PONOĆ w niektórych figurach były niemieckie kule, które zostały wyciągnięte podczas powojennej konserwacji.

W Sandomierzu skrzynie złożono w Diecezjalnym Seminarium Duchownym, poza kilkoma największymi (w tym z figurą Matki Boskiej), które znalazły schronienie w sandomierskiej katedrze. Karol Estreicher jeszcze tego samego dnia wrócił do Krakowa.


Katedra w Sandomierzu
auiovis.nac.gov.pl
6 września 1939 roku Niemcy wkraczają do Krakowa. Członkowie grupy specjalnej SS-Kommando Paulsen (kierownikiem był profesor historii Peter Paulsen) niemal natychmiast zorientowali się, że w Bazylice Mariackiej stoi tylko puste pudło ołtarzowe.  Równocześnie  (nie bez pomocy ludzkiej - jak to ujął Estreicher), odkryli dwa z trzech krakowskich schowków mieszczących drobne elementy ołtarza. Penetrowali także grobowiec, jednak nie udało im się znaleźć ukrytych tam zwieńczeń skrzydeł poliptyku.

Niestety, w wyniku intensywnych przesłuchań z udziałem znanego z sadyzmu szefa Gestapo z Zakopanego Rudolfa Weismana, Niemcy dowiadują się o miejscu przechowywania figur ołtarzowych. W wyniku czego z Sandomierza 30 skrzyń przetransportowano do Krakowa, stąd eskortowane  były osobiście przez Paulusena aż do Berlina. Tam zostały złożone w Skarbcu Banku Rzeszy.

http://freepages.genealogy.rootsweb.ancestry.com/
Gdy informacja o tym dociera do Norymbergi, tamtejszy burmistrz, generał SS Willi Liebl stara się jak najszybciej pozyskać figury. Przecież to rodzinne miasto Wita Stwosza! Dzieła mistrza muszą wrócić do domu! Sprawę osobiście pisemnie rozpatrzył sam Adolf Hitler, który zgodził się na przewiezienie figur do Norymbergi, dodając do tego pisma kolejne - z nakazem dostarczenia szafy ołtarzowej pozostającej w Krakowie.
Zgodnie z zarządzeniem Hitlera w lutym 1940 r. w Bazylice Mariackiej zaczęły się prace rozbiórkowe, które trwały ponad 2 tygodnie. 16 marca 1940 roku w Krakowie nie zostało ani śladu po ołtarzu Stwosza. Na jego miejscu stanął piętnastowieczny ołtarz Matki Boskiej Bolesnej, przeniesiony tu z Katedry na Wawelu.
W Norymberdze całość schowano w schronie wydrążonym w górze zamkowej,  który był zrobiony  na miejscu jednej ze średniowiecznych piwnic, wykorzystywanych wcześniej jako skład piwa lub wina.

Oczywiście fakt iż ołtarz znajduje się na terytorium Norymbergi skrzętnie ukrywano. W oficjalnych publikacjach twierdzili, że dalej znajduje się w Bazylice Mariackiej, lub ... popatrzcie:

Luty 1941 r. Podpis pod zdjęciem: Grupa kobiet na wystawie prac Wita Stwosza w Berlinie ogląda ołtarz z Kościoła Mariackiego w Krakowie. Czy wszystko Wam się zgadza? ;)

auiovis.nac.gov.pl
Dla porównania - 1930 r. Ślub hrabiego Artura Potockiego z hrabianką Marią Tarnowską.
auiovis.nac.gov.pl
Pomijając mały rozmiar ołtarza, nie mógł on wtedy znajdować w Berlinie, gdyż od 1940 r. znajdował się w Norymberdze.

Ciąg dalszy nastąpi!


Jedyny i niepowtarzalny obrońca skarbów - Karol Estreicher

14.01.2015

Ostatnio oglądałam "Obrońcy skarbów" ("The Monuments Men") w reżyserii George'a Clooney'a. Historia, na której oparty  jest film -  naprawdę ciekawa, gra aktorska nawet całkiem całkiem, ale reżyseria i scenariusz .... płacz i zgrzyt zębami.
Mocniej wyć zaczęłam zwłaszcza w scenie, gdzie Niemcy palą "Portret młodzieńca" Rafaela Santi  :). Jestem duszą romantyczną i nie wierzę, że ktoś mógł popełnić takie zło! Obraz słynnego Włocha z pewnością znajduje się pod innym obrazem, w innej ramie u jednego z najbardziej znanych kolekcjonerów sztuki i na pewno doczekamy się jego powrotu do Krakowa do Muzeum Czartoryskich. O ile to Muzeum w ogóle będzie istnieć...
Mało kto natomiast wie, że jednym z "Monuments Men" był krakowianin z krwi i kości, potomek jednej z najbardziej zasłużonych rodzin dla naszego królewskiego miasta - Karol junior Estreicher, o którym niestety nie było mowy w filmie. Jako jedyny Polak przynależał do MFAA - Monuments, Fine Arts and  Archives program. Gdybym tylko potrafiła pisać scenariusze i miała wtyki w świece filmowym, to stworzyłabym  historyczny film akcji w stylu Indiana Jones!

KAROL ESTREICHER I OŁTARZ WITA STWOSZA



Wyobraźmy sobie ... Początek filmu:
Londyn, jesień 1943 r. Jedna z sal  Biura Rewindykacji. Stuk maszyn do pisania, dym od papierosów, kobiecy śmiech i londyńska mgła za oknem. Karol Estreicher - mężczyzna średniego wzrostu, około 40 lat, uczesany według tamtejszej mody z przedziałkiem po lewej stronie, z gęstym aczkolwiek zadbanym wąsem, zmęczony, niewyspany a zarazem rozgorączkowany, z błyszczącymi oczami, trzyma niedużą książkę z jaskrawą czerwoną okładką. Wchodzi do sali i potrząsając książką głośno ogłasza:
- Ołtarz Mariacki jest w Norymberdze!!! 


Pracownicy go otaczają, zadają mnóstwo pytań. K.E. siada za swoje biurko, zapala papierosa, nie odpowiada na żadne pytania. Wkłada do maszyny do pisania czystą kartkę i ze skupioną miną zaczyna przepisywać jedną ze stron "Strat kultury polskiej pod okupacją niemiecką 1939-?".
Szybki, rytmiczny stukot klawisz ...

KOŚCIÓŁ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY (MARIACKI)
Następujące dzieła sztuki zostały zrabowane przez Niemców:
1. OŁTARZ WITA STWOSZA. Wykonany w latach 1477-1489 w Krakowie, gdzie
artysta mieszkał i miał pracownię. Jest to jedna z najwspanialszych rzeźb europejskich XV w. Odnowiona w latach 1932-1933 na koszt państwa po odkryciu oryginalnej polichromii ołtarza.
STAN OBECNY: W sierpniu 1939 r. rzeźby ołtarza zostały umieszczone w drewnianych skrzyniach, przetransportowane w górę Wisły i ukryte w piwnicach seminarium duchownego i katedry w Sandomierzu. Mniejsze fragmenty (predella) zostały ukryte w krakowskim Muzeum Uniwersytetu. Już w połowie września Niemcy odkryli kufry schowane w Sandomierzu i Krakowie i wywieźli je do Niemiec. W grudniu 1939 r. "Krakauer Zeitung" w jednym z artykułów chwalił Polaków za profesjonalizm w pakowaniu rzeźb. Najprawdopodobniej ołtarz przewieziono ciężarówkami z Sandomierza przez Kraków do Berlina, a następnie do Norymbergi. Prof. Frey w niemieckim przewodniku po Polsce (Baedeker Das General gouvernement, Lipsk, 1943 r.) pisze: "Słynny ołtarz główny, rozebrany przez Polaków na części na początku wojny, znajduje się obecnie w Norymberdze, mieście rodzinnym artysty". Skrzynia ołtarza została zabrana w kwietniu 1940 r., sam kościół natomiast zamknięto na dwa tygodnie, w czasie których Niemcy zainstalowali tam tryptyk Matki Boskiej Bolesnej z katedry krakowskiej. Jesienią 1940 r. w Kaiser Friedrich Museum w Berlinie wystawiono fotografie ołtarza, zabrakło jednak jakichkolwiek oryginalnych fragmentów. 

(Oryginalny tekst ze "Strat kultury polskiej pod okupacją niemiecką 1939-44": wraz z oryginlanymi dokumentami grabieży" http://mbc.malopolska.pl/dlibra/doccontent?id=13505&dirids=1)

Retrospekcja:
Kraków, koniec sierpnia 1939 r. Ranek. Rynek Główny, gwar przekupek, które jak mrówki podążają na róg Rynku i ul. Mikołajskiej, biorą z wozów duże wiklinowe kosze z warzywami lub kwiatami, i z powrotem wracają na swoje handlowe miejsca. Tramwajarz linii numer 1 przejeżdżając obok Bazyliki Mariackiej trąbi na jedną z nich. Dookoła jeżdżą wozy załadowane po brzegi towarami, przemykają pojedyncze samochody. A w tle oczywiście słychać dźwięk hejnału!!! 

audiovis.nac.gov.pl
 K.E, młodszy niż go poznaliśmy, bez wąsa, wchodzi przez kruchtę zachodnią do Bazyliki Mariackiej. Zatrzymuje go kobieta i mówi, że kościół jest dziś zamknięty, po czym przygląda mu się wyraźnie i  mrucząc pod nosem: - Przepraszam, nie poznałam Pana - wpuszcza go do środka. Tam trwają gorączkowe prace. W ciszy i skupieniu cała służba kościelna pakuje mniejsze rzeźby z ołtarza. Większość figur, zwłaszcza figury apostołów, jest już zabezpieczona i schowana do wielkich drewnianych pak. Obok babki kościelne ugniatają różne gazety ("IKC"!) i upychają  je do środka skrzyń. 

ct.mhk.pl
ct.mhk.pl
 Do K.E. podchodzi niski, starszy, dość otyły człowiek z okrągłą twarzą, na której widać wyraz niezadowolenia i zniecierpliwienia - ksiądz infułat Józef Kulinowski. Dyskutują zawzięcie. K.E. spokojnie tłumaczy, że tak, to jest jedyna droga i że wszystko co robią jest naprawdę konieczne. Przechodzą do prezbiterium, zatrzymują się przed  szafą ołtarzową, która jest zamknięta i zgrabnie zasłonięta dywanami. K. E. patrzy na "ołtarz" w skupieniu. Nagle zawadiacko się uśmiecha. 

ct.mhk.pl
- Wszystko będzie dobrze! Ważne, że odkryliśmy sposób ustawiania i montowania rzeźb na tej podstawie ołtarzowej.  Gdyby nie ten prezent - kołowrót od Mistrza Stwosza, byłoby ciężko...  Wojna szybko się skończy i ołtarz wkrótce wróci na swoje miejsce, prawda proszę księdza? - zwraca się do księdza Siedleckiego. który akurat wyszedł z zakrystii.
 - A póki co, niektóre drobne części, które są bardziej kruche, takie jak ornamenty znad płaskorzeźb zewnętrznych, możemy schować w samym kościele, trzeba tylko pomyśleć gdzie. Może w jakimś grobowcu, albo w sklepieniu pod prezbiterium? W sumie najlepiej byłoby podzielić je na kilka części i każdą przechować w innym miejscu. Proszę podziękować ode mnie stolarzowi Kowalikowi, doskonała robota! Na wieczór załatwiam transport. Z Bogiem!

Prawie północ tego samego dnia. 30 wielkich drewnianych i 5 tekturowych paczek znajdują się już w piwnicy Collegium Novum, K.E skrupulatnie przegląda ponumerowane skrzynie i sprawdza spisany przez siebie inwentarz.  
Później widzimy K.E, który przy pomocy trzech mężczyzn z dwiema tekturowymi pakami podąża do wyjścia. Tam czeka na niego powóz. Po załadowaniu udają się najpierw w stronę Zakładu Historii UJ (Collegium Maius). Po jakimś czasie jadą przez Rynek w stronę ul. Jana. Zatrzymują się pod numerem 9. 
Noc, całkiem możliwe że to już kolejny dzień, nadbrzeże Wisły. Jest cicho i spokojnie. K.E stoi na środku galara, który jest  właśnie odpychany od brzegu. Powoli podążają z nurtem w dół Wisły ....

Ciąg dalszy nastąpi!

A Wy kiedy ostatni raz byliście podziwiać ołtarz? ;)

Kobietą jestem i nic co kobiece nie jest mi obce - "Włóczka w kole"

01.11.2014

Zapewne garstka moich czytelników wie, że swoje podboje internetowe zaczynałam od założenia forum rękodzielniczego - "Craftladies". Litewska i polska wersja forum działały prężnie. Zgromadziły się tam ciekawe osoby, które udzielały pomocnych rad i stały się prawie jedną wielką rodziną. Lecz... jako, że administrator okazał się ze mnie słaby, najpierw wypaliłam się ja, później Litwinki, a na koniec spaliły się twarde dyski, czyli serwer na którym był postawiony forum polskojęzyczny. Od grudnia zeszłego roku czuję, że straciłam jakąś część siebie... 6 lat byle jakiej, ale jednak pracy, runęło w niepamięć, w niepojętą ilość mini plików, których żaden przyzwoity zakład trudniący się odzyskiwaniem danych nie był w stanie złożyć z powrotem.
Administratorem byłam słabym, a "craft-lady" okazałam się być jeszcze gorszą - oprócz paru ściegów szydełkiem i kłuciem, od czasu do czasu dla wyładowania złości, igłą do filcowania, nie umiem nic. Natomiast zachwycam się wszystkim! Zwłaszcza przedwojenną umiejętnością robienia takich cudeniek jak ta poniżej. I to na drutach!  Już sam opis jest balsamem dla moich uszu:

"Żakiecik trzyćwierciowy i czapeczka  - wytworny, ciepły i lekki komplet  zimowy wykonany z włóczki Angora "Marokko", marki "Trójkąt w Kołe"

Dla spragnionych ciepła i vintage podaję przepis na wykonanie - z czasopisma "Moja przyjaciółka" 1937 r.


Oko nacieszyłam, znowu pomarzyłam o tym, że to ja z osią talią i fikuśną czapeczką, ale co wspólnego to ma z dawnym Krakowem? Otóż włóczka, którą poleca czasopismo, była bardzo popularna także w mieście Kraka, gdyż produkowano ją niedaleko - w Białej Krakowskiej koło Bielska :). 


A największym powodzeniem cieszył się sklep przy ul. Szewskiej 20. Szkoda, że wtedy Polska nie miała swojego Sergieja Prokudina-Gorskiego i zdjęcia  są czarno białe. Inaczej moglibyśmy zrobić seans koloroterapii. Proszę wyjrzeć za okno - piękny widok na przeciwległy budynek - Szewską 23. Zero reklam, czyściutko, pachnie ciastkami, gdyż znajdowała się tam "Cukiernia Teodora Hausnera" lub sklep o niewiadomym asortymencie "Mimoza". Teraz budynek Szewskiej 23 jest jednym z najbardziej zaniedbanych, z przerażającą ilością szyldów reklamowych. A w byłej pasmanterii "Trójkąt w kole, wełna to gwarancja pełna" od niedawna króluje "Pijalnia wódki i piwa".



Ponoć w ręcznie dzierganych swetrach z tej włóczki chodził sam prezydent Mościcki i oczywiście Jan Kiepura. Nie wiem, co się stało po wojnie z przędzalnią w Białej. Przypuszczam, że jak większość zakładów przeszła pod zarząd państwa, lecz nazwa samej włoczki się nie zmieniła. Pod koniec lat 90-tych nie wytrzymała chińskiej konkurencji i jak większość Bielsko-Białych fabryk została zamknięta? A może się mylę i ktoś zna prawdę?

Niestety teraz ze świeczką w sklepach trzeba szukać swetra, kardiganu czy nawet czapki i szalika, które nie byłyby 100 % akrylem. I chciało by się powtórzyć za Stanisławem Mrożkiem:

"Bo ja wolę trójkąt w kole
Jest to wełna pełna zalet
Inne wełny ja pier... !"

Ciepłego dnia życzę!


Blog contents © Dawny Kraków 2010. Blogger Theme by Nymphont.