Jeden dzień z życia krakowskiej służącej - część 2

Jeden dzień z życia Marysi, krakowskiej służącej tuż po Wielkiej Wojnie - część 2.
Część pierwsza znajduje się TUTAJ.

Występują:
Służąca - Marysia, 19 lat, z Wielkiej Wsi i jej myśli,
Gospodyni - Wielmożna Pani,
Gospodarz - Wielmożny Pan,
Dzieci gospodarza - Isia 7 lat, Nusia 9 lat, Panicz - Tadeusz 20 lat.

Myśli Marysi: 
Czego nie masz w głowie, to masz w nogach.

Dokładnie mówiąc, czego Pani Wielmożna nie ma w głowie, to ja w nogach będę mieć. Tak, jest to najlepsze określenie na moje codzienne bieganie po mieście.
Pani zawsze daje mi listę zakupów i mam kupować tylko to, co na tej liście się znajduje, nawet kiedy ja wiem, że w domu już mąki nie ma, a i ocet na wykończeniu. Tak jak dziś.





Lecz zacznę od początku.
Najpierw sprawdziłam, czy dobrze pali się w piecach. Przebrałam się naprędce, trzewiki wyczyściłam, włosy wygładziłam, chciałam chustkę pospinać ładnie, listę zakupów przejrzeć, ale Pani krzyczeć zaczęła, że się przesadnie stroję, że długo już to trwa, że te zakupy już spisała wieki temu, że najlepsze rzeczy wykupią, że obiad nie zdążę przyszykować, że chyba diabli mnie wzięli i inne potwory, że skromności we mnie mało i że przyprawiam ją o migrenę, której już od kilku lat nie miała i inne choroby, takie jak kule nerwowe ...i tutaj nie pamiętam, bo przestałam słuchać. Cała jej wypowiedź trwała dobre kilkanaście minut. W tym czasie już dawno bym na placu Szczepańskim była, ale wyjść nie mogłam, gdyż Pani koszyk trzymała i wymachiwała nim to na prawo, to na lewo, pomstując na mój brak szacunku do niej i innych domowników. 
W tym czasie Panicz przechodząc obok mnie szepnął, że ukarze mnie za to odpowiednio i chyba wtedy to właśnie słuchać Gospodyni przestałam.
mhf.krakow.pl
W końcu udało mi się złapać koszyk i wyleciałam z domu jak z procy.
Po drodze na plac Szczepański znowu zobaczyłam po drugiej stronie ulicy Hankę, która wraz ze swoją kucharką z zakupami już wracały. Eh .. niestety musiałam jej gestem pokazać, że czasu na gadanie i plotki nie mam, bom spóźniona i jakoś taki smutek mnie zalał. Kucharka ich, poczciwa kobieta, niemową jest od urodzenia ponoć, ale zawsze jak mnie zobaczy, to tak jakby wiedziała, czego potrzebuję - to jabłko da, to po głowie pogłaska lub po prostu przytuli, ale dziś nie mam na to czasu i możliwe, że przez to mi smutno.


mhf.krakow.pl
Na placu już wiem u kogo mogę co wytargować. Jak się okazuje, z dobrze wyliczonej sumy pieniędzy na zakupy, zawsze, ale to zawsze, muszę coś przynieść z powrotem do Pani, inaczej jestem oskarżana, że tak zwane koszykowe pobieram i ich okradam. Na nic tłumaczenia, że za dobry świeży towar nie mogę zapłacić mniej, niż na to wskazuje cena. Więc popatrywałam, jak to inne służące robią i nauczyłam się dla przykładu wybierać drób z cieńszymi szyjkami nóżkami i kolanami, co oznacza że jest on starszy wiekiem od tych z grubymi kończynami.  Albo zamrożone ryby  - czy świeże są poznaje się po wypukłości oka,  a jeżeli mają oczy więcej wpadłe to dawno zamrożone są. Więc biorę te starsze i cenę targuję odpowiednio niższą. Przekupki zawsze kilka brzydkich słów na temat mojej przemądrzałości rzucą, ale też zawsze kilka drobnych do Pani z powrotem przyniosę.

audiovis.nac.gov.pl


Najłatwiej mi jednak z sąsiadkami z mojej Wielkiej Wsi. Wszystkie kury, warzywa, jajka i mleczne wyroby dadzą mi odrobinę taniej. Najukochańsza jest cioteczka Józia. Od razu  po przyjściu na plac wśród siedzących długimi rzędami przekupkami wypatruję jej  niebieskiej chusty w kratę narzuconej na ramiona. Jest i dziś! Słyszę, jak tłumaczy jakiejś dziewce, że to co ma to już nie na sprzedaż i marsz stąd. To dla mnie towar zostawiła! Moja ukochana ciotuchna! Gdy mnie głaska po policzku opowiadam jej całe wczorajsze zajście z Paniczem i czuję, że wszystkie troski mijają. Opowiada mi, że nieraz słyszy od służących w mieście, że mają podobnie, że najważniejsze to bachora sobie nie zrobić, zioła te co dała ciągle pić, mamie nic nie mówić, a ściskania takiego i tłuczenia przez swoich mężów to i we wsi co druga doświadcza. Co już tu zrobić, taki nasz los. Mówi, że i tak mi dobrze, przecież w cieple sobie żyję, w pokojach ładnych chodzę, że trzewiki porządne swoje własne mam, a nie tak jak większość w Wielkiej Wsi - jedną parę dzieli z kimś z rodziny, no i że Franek, którego moim nazywa, specjalnie dla mnie przekazał spory woreczek suszonych jabłek i że ona mi go już sprzedała, a za pieniądze mogę kupić sobie co tylko chce. Nawet ciastko! A ja niczego tak nie pragnę, jak domowej sztangielki z kminkiem z kawałkiem bryndzy, przecież nie jadłam dziś jeszcze! A pieniądze niech mamie zawiezie, przecież combrowy czwartek zaraz, więc i pączki będzie robić, może tym razem trochę cukrem pudrowym posypie?!

audiovis.nac.gov.pl

Szybko pakuję wszystkie zakupy do koszyka, drób i warzywa do siatki i klęcząc obok Józi w pospiechu zajadam się bułką ze smakiem. Ach, Józia Józia! Dobrze mi tak z tobą gawędzić, ale czas uciekać i to dosłownie nie iść, a biec, bo inaczej znowu kazanie od Wielmożnej Pani będę miała o grzesznym robieniu plotek, do czego według Pani zazwyczaj targi najwięcej nastręczają sposobności.

Gdy wróciłam, Pani najpierw skrzyczała, że długo, że pewnie znowu zapomniałam kupić to i owo. Nie, nie zapomniałam, ale przy wykładaniu okazało się, że nie ma ani fasoli, ani śmietany kwaśnej, nie mówiąc o mące i o tym occie nieszczęsnym. Przecież tego oczywiście na liście nie było, ale to jakby moja wina i mam się nie odzywać i biec w te pędy z powrotem, tylko bez zatrzymywania się przy przekupkach, bo to moje gadulstwo wszystkie te przykrości za sobą pociąga i pewnie nawet nie zliczyłam gadając, czy mi dobrze resztę pieniędzy wydano. 

Biegnę więc z powrotem, byleby tych wrzasków nie słuchać. Tym razem na Mały Rynek, tam dłużej przekupki siedzą, a i trafić na kogoś znajomego tam ciężej, by losu do gadulstwa nie kusić. 

Śmietana tu jednak droższa,  no cóż - co jest to jest. Już miałam biec z powrotem, gdy tuż obok mnie dwie chłopki pijane tak zaczęły się drzeć, że aż kiecki fruwały do góry, a ich tyłki podobne do dyń błyskały nago z krzykiem o całowaniu w tę część konkretną. Co za dzień!


Po powrocie do domu, znowu długo w nim nie zabawiłam, gdyż musiałam biec do szkoły po dziewczynki i wracając z nimi dokupić cynamonu.

Zmarzłam już bardzo, zima nie taka już mroźna, ale mokro, szaro-buro, coś ciągle sypie z nieba. Trzewiki mimo napastowania ich łojem i tak mokną, zwłaszcza, że Isia ciągnąc mnie za rękę wskakiwała w każdą większą ni to zaspę, ni to kałużę, a i ja za nią. 

Póki mnie nie było Pani zaczęła szykować obiad, a ja sprawdziłam, czy pali się w piecach, zastawiałam stół i pilnowałam wszystkiego, co się smażyło, piekło, gotowało i bulgotało w blachach, garnkach i patelniach.
Gotowaliśmy rosół z kluseczkami wątrobianymi i pasztecikami francuskimi, sztukę mięsa w sosie szczawiowym i strudel z jabłkami do kawy.

muzeumplock.eu
Podczas obiadu jak zawsze usługiwałam do stołu. Starałam się podając potrawy być jak najdalej od Panicza, co też wyszło mi na przekór. Niechcący zbyt przechyliłam naczynie z sosem szczawiowym i malutka, acz paskudna kropla, spadła na spodnie Wielmożnego Pana. Całe szczęście w tym nieszczęściu, że uszło to uwadze i jemu, i Wielmożnej Pani. Widziała to tylko Niusia, która zobaczywszy jaką minę zrobiłam, parsknęła tak głośno, że z przerażenia Wielmożny Pan trącił ręką sosjerkę w bok i miał raptem ponad połowę sosu na spodniach. Za to Niusia, ku swojemu wielkiemu szczęściu, została pozbawiona sztuki mięsa w felernym sosie i przegoniona do pokoju. 
Pan poszedł się przebrać, a ja zamiast zjedzenia w tym czasie swojego obiadu, zajęłam się czyszczeniem owych spodni. 

Po podaniu kawy i strudla, zajęłam się sprzątaniem i myciem naczyń. 
Myślicie, że to nic takiego, zajęcie z najprostszych nie wymagających zbytniego zachodu? Nic bardziej mylnego. To jest cała folizofia, czy filozofia jak mawia Isia. Najpierw muszę delikatnie szczoteczką usunąć wszystkie resztki z porcelanowych talerzy do wiaderka i naczynia, a także srebro posortować ustawiając każdy rodzaj z prawej strony wanienek, oddzielnie. Gdy spytałam się Pani dlaczego z prawej, a nie lewej, odpowiedziała mi, że porządna dziewczyna powinna robić tak a nie inaczej, dodając, że cały brud powstaje właśnie z braku prawości, odpowiedniej segrygacji, że najgorsze to te mezaliansy, tak jakbym wiedziała, co to jest. No i takim sposobem Pani gadała o tych naczyniach aż do wieczora. Uchroń mnie Boże, przed słuchaniem tego wykładu folizoficznego czy tam filozoficznego kolejny raz, więc z prawej i już. Sztućce przecieram papierem, potem przygotowuję wanienkę do zmywania z szarym mydłem, miskę do opłukiwania, tacę do ociekania naczyń i drugą, do ich ustawiania. I znowu odpowiednia segrygacja - najpierw szkło, sztuczce, a do mycia porcelany używam bielidła. Myję, płuczę, wycieram każdy rodzaj z osobna. Jedną ręka biorę, drugą czyszczę i tak ciągle z prawa do lewej, z prawa do lewej, z prawa do lewej...

W międzyczasie Państwo z  Paniczem i dziewczynkami zaczęli się zbierać na herbatkę do państwa Borowskich. Ponoć panienka Borowskich, Michalina, jest na wydaniu i nasz Tadeusz uderza w konkury. Biedna panienka Michasia, jeżeli Panicz ze mną takie niegodziwości robi, to co dopiero będzie robił z prawowitą małżonką? 
muzeumplock.eu
 Po wyczyszczeniu sukien, bucików i paltocików i po otrzymaniu wskazówek: do powrotu Państwa mam nie przyjmować gości, mniej chodzić zamyślona, wysprzątać salon i jadalnię, wyczyścić i odpalić wszystkie lampy naftowe, naszykować kolację, zacerować ubrania - w końcu miałam kilka chwil dla siebie. Już miałam siąść i coś zjeść, gdy usłyszałam głośne pukanie w drzwi od strony schodów kuchennych. 

Za nimi, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, stała Hanka ze swoją kucharką! Okazuje się, że podczas nieobecności Państwa Dulskich, ich syn Hankę do pokoju swego zawołał. Ta myślała, że zaraz jej miłość wyznana, a on ją szarpać zaczął, obiecując w zamian chustkę nową. Na co Hanka nie pozwalała, moją osobą odpowiednio nauczona. Bo i owszem, może ją mieć, ale to raczej po ślubie. Wtedy on ją za włosy złapał i do kuchni zaczął ciągnąć. Po drodze krzyczał, że obowiązkiem dziewczyny do wszystkiego jest służyć także jemu do wszystkiego, bo inaczej na bruk ją wyrzuci. Długo to nie trwało, dostał po głowie pogrzebaczem. Kucharka ich niemowa, co nawet imienia jej nie znam i która patrzy się na mnie teraz z czułością, próbowała go odciągać, a gdy zrozumiała, że na nic to, wzięła co miała pod ręką i ... koniec. Mówi Hanka, że leży ich Panicz jak trup, nogami nie rusza i że pomóc mam im, bo mądrzejszej osoby ode mnie nie zna. 

KONIEC lub ciąg dalszy nastąpi :).

Całość na podstawie:
Poradnika Elżbiety Bederskiej "Dobra służąca, czyli co powinnam wiedzieć o służbie i na służbie?", Fragmentów pamiętnika Zofii Stryjeńskiej opublikowanych w "Diabli nadali",
 "Poradnika służby domowej" Lucjana Jagodzińskiego,
Miesięcznika popularnego "Świat płciowy" 1905 r.

3 komentarze:

  1. Bardzo ciekawie Pani pisze. Proszę, niech Pani napisze kolejne części:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekam z niecierpliwością na dalsze wpisy, tak trzymać :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Proszę o kolejne części z serii "Służącej" ;)

    OdpowiedzUsuń